Szkoła Obfitości – Barbara Ravensdale


 

Sezamie, otwórz się!

Czy jest coś, co ci w życiu nie wychodzi? Od lat bardzo tego pragniesz, marzysz o tym, starasz się, ciągle próbujesz, lata mijają, a tu nic… Albo dostrzegasz niepokojącą prawidłowość, że pewne sprawy w twoim życiu niby dobrze się zaczynają, niby rokują, ale w końcu zawsze kończą się rozczarowaniem i katastrofą.

Skończyło się jak zwykle. Mam pecha. Prześladuje mnie zły los. Mam wrażenie, że ciągle walę głową w jakiś niewidzialny mur.
To tylko kilka z popularnych określeń na niewidocznego przeciwnika, który zawsze tkwi w tym samym miejscu i nieustannie podstawia nam nogę, mimo, że robimy wszystko, żeby go ominąć. Ciągle niewłaściwy facet, ciągle zdrada, wieczne kłopoty z pieniędzmi, problemy ze zdrowiem… Wciąż te same, przeklęte schematy.

O co chodzi? Dlaczego tak się dzieje?

Cóż, założę się, że to z powodu naszych blokad energetycznych. Blokady mogą dotyczyć KAŻDEGO obszaru życia – miłości, pracy, finansów, zdrowia, rodziny i samorealizacji. Każdy z nas się z nimi szamocze. Blokady przepuszczają nasze pieniądze, rozwalają małżeństwa, rujnują zdrowie. Latami paraliżują nasze życie i obracają w perzynę piękne marzenia. Są jak wysoka, gruba ściana między nami i naszymi pragnieniami. Blokady to po prostu Wielki Mur Chiński w każdym z nas…

Pytanie, które nasuwa się samo to: GDZIE TO CHOLERSTWO W NAS SIEDZI? Gdzie się schowało? Czy można je wytropić i zneutralizować? Czy już przez całą wieczność ma się panoszyć w naszym życiu jak Obcy po frachtowcu „Nostromo”?

Pracuję jako duchowy terapeuta. Zawodowo badam, w jaki sposób dusza może nam pomóc zrealizować nasze pragnienia. Oznacza to, że szukam z moimi klientami rozwiązań ich problemów nie tylko na poziomie emocji, nie tylko w schematach myślowych i przekonaniach, nie tylko w reakcjach ciała. Udajemy się wspólnie w rejony, o których klasyczne systemy terapeutyczne jeszcze mało mówią – w osobowość duchową.

Czy dusza może coś wartościowego podpowiedzieć w kwestii życiowych zakrętów? Na przykład dlaczego nasz portfel ma grubość francuskiego naleśnika i jak to zmienić? Albo dlaczego na naszym miłosnym horyzoncie wieje pustką i co z tym można zrobić? I dlaczego słabnie nam zdrowie? Albo dlaczego kolejny szef okazuje się bezczelnym gburem?

Dusza i portfel? Dusza i facet? Dusza i wątroba? Czy to ma jakiś sens?

Odpowiedź jest prosta i zarazem nieco bulwersująca! Prosta, bo na wszystkie te pytania brzmi: TAK. I facet i wątroba i kasa, i wszystko, co cię wkurza, jest dosłownie przylutowane do twojej duszy. To dusza zarządza przepływami obfitości. To w duszy miga na monitorach miliony cennych informacji, jak zbudować najlepszą wersję swojego życia. To na bardzo subtelnych poziomach naszego ja, na które nikt nie uczy nas zaglądać, i o których istnieniu często w ogóle nie mamy pojęcia, rozstrzyga się batalia o nasze marzenia.

Czy to nie oburzające, że tak bardzo pragnąc szczęścia, mamy zerwany kontakt z jego dyspozytornią? Czy to nie skandal, że nasze blokady mamy zaparkowane w miejscu, o którym nic nie wiemy? I co teraz z tym wszystkim począć? Jak zadbać o siebie i o swoje życie? Co można zrobić, żeby pojawiły się happy endy?

Byłoby o wiele prościej, gdybyśmy na przykład problemy z kasą mogli wyciąć jak woreczek żółciowy. Niestety nie da się. Dusza jest nieoperowalna. I nie uznaje negocjacji. Nie da się jej zalać alkoholem, ogłupić dragami, zatkać papierosem, czy zapchać ciastkiem (chociaż wielu próbuje…). Nie można jej zakneblować ust, ani przekupić walizką z pieniędzmi. Ona zawsze wie swoje. I to właśnie od tej bezkompromisowej wańki–wstańki zależy, czy konkretna blokada nadal będzie tykać, czy zostanie rozbrojona.

Z jednej strony miło pomyśleć, że jest w nas taka zbrojownia. Uparta i nieprzekupna. Nasze blokady ulokowały się w stabilnym i z pewnością dobrze strzeżonym banku… Z drugiej strony, trochę niedobrze, że to, czego mielibyśmy ochotę się pozbyć, jest w szwajcarskim sejfie, a my nie znamy kodu dostępu.

Co zatem zrobić?

Najprostszą rzecz na świecie.

Umów się na randkę ze swoją duszą. I to niejedną randkę…

To, że jej nie znasz, nie oznacza, że nie możesz jej poznać. Miotamy się, cierpimy, tęsknimy, „marzniemy” życiowo, a recepta na rozwiązanie tego wszystkiego co nas boli jest tuż, tuż pod naszym nosem – w duchowej przestrzeni każdego z nas.
Pierwszy krok należy do ciebie.

Umów się na randkę ze swoją duszą. Podejmij decyzję, że chcesz mieć wpływ na swoje życie i zamierzasz skorzystać z całości swojego potencjału. To właśnie uruchomienie inteligencji duchowej może skutecznie wpłynąć na regenerację zdrowia, znacząco poprawim komfort życia, nadać mu sens, zwiększyć radość i poczucie szczęścia, w tym podwyższyć status materialny. Dusza to po prostu najinteligentniejsza część każdego z nas!

Czy każdy z nas posiada inteligencję duchową?

Oczywiście.

Każdy z nas ma duszę, tak samo jak każdy z nas ma ciało.

Blokady, dusza, szczęście i ciało są ze sobą nierozerwalnie połączone jak syjamskie czworaczki. Nie wiem, do kogo napisać zażalenie, że nie trąbi się o tym przez megafony na ulicach. W każdym razie ja lubię o tym rozpowiadać i w tej książce zapraszam cię drogi Czytelniku na bardzo szczególne safari.

Zapolujemy na twoją obfitość. Oczywiście z uwzględnieniem pełni twojego potencjału. Będziemy mówić i o ciele, i o emocjach, o mentalu, i o duszy. Żeby skutecznie zarządzać swoim życiem, trzeba korzystać ze WSZYSTKICH typów inteligencji. Połowiczne rozpoznanie naszych możliwości, to połowiczne szczęście. A jestem pewna, że ty, tak jak i każdy z nas pragnie optimum.

Krok po kroku przestudiujemy mapę do skarbu. Opowiem ci, jak tam dotrzeć.

Najbardziej ekscytująca informacja to ta, że wszystko, co ci się w życiu nie podoba i co cię boli, jest fenomenalną wskazówką, którędy prowadzi twoja dróżka do szczęścia.

Chwila, moment!

Ból i niedogodności jako drogowskazy do obfitości?

To te cholerne blokady mogą się na coś przydać?

Zapewniam cię, że TAK! Tysiąc razy tak. Każda sekunda twojego życia, o której myślisz z niechęcią, której nie lubisz, którą masz ochotę wymazać z pamięci, zasnąć i zapomnieć, jest tak naprawdę fantastycznym potencjałem! Blokady przed transformacją to twoje przekleństwo. Zatrzaśnięta, lita skała. Ale blokady po transformacji to twoja prywatna kopalnia złota i diamentów! Zaraz przekonasz się dlaczego każda z blokad to pokaźny worek talarów (a może…bitcoinów). Czytając tę książkę, dowiesz się, jak powstają blokady na poziomie energii, jak wyglądają, jaki jest sens ich istnienia, i jak się z nimi skutecznie rozprawić, rozwijając świadomość i sięgając po swoją duchową inteligencję.

A więc ruszamy na wyprawę po skarby. Wszystkie, jakich pragniesz.

Sezamie, szykuj się na otwarcie swoich wrót!

 

MAGAZYN KULTURALNY

Wstydliwy brak

Zanim udamy się na wyprawę po nasz kwiat paproci i z bezpośrednią szarżą na blokady energetyczne, rozejrzyjmy się po „magazynie”, w którym zamknęła nas nasza kultura. Ten magazyn, to skład dozwolonych wzorców postępowania i popularnych schematów myślenia. Każda cywilizacja wytycza granice swojej świadomości. Nasza kultura również upchała nas w pewne ramy. Od urodzenia uczymy się schematów funkcjonowania i myślenia. Są one z epoki na epokę inne.

W starożytnym Egipcie faraon z fasonem poślubiał swoje rodzeństwo, co nie jest szczytem dobrych manier w naszym społeczeństwie. Wyobrażacie sobie huczne wesele prezydenta Stanów Zjednoczonych ze swoją rodzoną siostrą? Transmitowane we wszystkich mediach? Chyba jedynie jako skandal stulecia… Nasze normy społeczne zdecydowanie różnią się od tego, co Tutanchamon uznałby za chleb powszedni.

Każdy z nas jest produktem swojej epoki.

Pewnie my też wyprawiamy jakieś brewerie, nad którymi za pięć tysięcy lat nasi potomkowie pokiwają z niedowierzaniem głowami. Powietrze w magazynie każdej kultury jest zawsze odrobinę stęchłe i zastałe. To oczywiste. Nie po to kultura wypracowuje bezpieczne schematy, żeby je potem często wietrzyć.

Jeśli to dusza ma nam pomagać w polowaniu na obfitość, to sprawdźmy co w ogóle o niej wiemy? Co zostało zgromadzone na półkach jednej z najbardziej zaawansowanych cywilizacji jakie rozkwitły na Ziemi, jeśli chodzi o nasz duchowy potencjał i mądrość?

W temacie „Kultura zachodnioeuropejska i dusza” najważniejsza informacja na progu trzeciego tysiąclecia jest taka, że duszy w oficjalnym obiegu właściwie nie ma. Owszem, nie została całkowicie wymazana, ale w porównaniu z dominującą pozycją materii, jej rola jest dość wątła i cherlawa. Weźmy pod lupę witryny sklepów przy najsłynniejszych ulicach świata, okładki gazet i czasopism, mainstreamowe programy telewizyjne, słuchowiska radiowe, shopping mall’e, stadiony, olimpiady, konkursy, uniwersytety czy bilbordy… Na wszystko na co nie popatrzymy, to jeden wielki festiwal urody ciała i gibkości rozumu. Sześciopaki, fryzury, usta, szpilki, nogi, piersi, pupy, dyplomy, projekty i ustawy.

Duszy (jakby) brak.

Oczywiście w każdym kraju jest wielu duchowych nauczycieli, którzy piszą książki, robią wykłady, prowadzą warsztaty, ale funkcjonują bardziej jako przedstawiciele kultury offowej, a nie główny nurt. To raczej przyprawa do zupy, a nie bulion.

Czy na najlepszych uniwersytetach świata wypada mówić otwarcie o duszy?

Popatrzmy na pierwszą dziesiątkę najlepszych uczelni według rankingu szanghajskiego. Każdego roku wysoko plasują się w nim uniwersytety Harvarda, Cambridge, Oxford, czy Stanford. Czy można w nich wejść do sali wykładowej i zacząć roztaczać swój kawałek mądrości z perspektywy duszy? Pisać prace naukowe, robić badania nad światem dusz i nie zostać posądzonym o szaleństwo?

Nie można.

Dr Eben Alexander nie dostał poparcia swojego harvardzkiego środowiska po tym, jak opisał swoje wędrówki po wyższych wymiarach naszej galaktyki w czasie gdy był pogrążony w komie. Jest dziś celebrytą środowiska zainteresowanego duchowością, ale jego macierzysty statek wraz z harvardzką elitą medyczną odpłynął na bezpieczne wody kultury masowej.

Nikogo dziś nie palą na stosie za mówienie o duszy, ale pewna część życia każdej osoby , która chce otwarcie propagować istnienie wieczystej świadomości, musi spłonąć. Temat duchowości nie należy do eleganckich, co najwyżej do… ekstrawaganckich. Swoją drogą, Europa zrobiła pełne salto. Kiedyś, akademików takich jak Galileusz, czy Giordano Bruno uznano za heretyków, bo stawali w obronie nauki, kilkaset lat później podobnie bulwersujące w środowisku akademickim jest upieranie się przy istnieniu duszy…

Mówienie w biurze o duszy grozi śmiesznością, w kawiarni żenadą. Jeden z najbardziej znanych polskich reżyserów (nazwisko pomińmy) publicznie oświadczył, że nie wierzy, żeby istniało coś po śmierci i zabrzmiało to w pełni „kulturalnie”. Może z lekką bryzą dekadencji i nostalgii, ale na pewno inteligentnie i z klasą. Jak dobrze skrojona marynarka i bezbłędnie dobrany krawat.

Nie sądzę, żeby wybitny twórca, który oświadczyłby – Wiem, że zawsze otacza mnie wianuszek aniołów, a po śmierci mój świetlisty komponent poszybuje w kosmos, do swoich… zostałby równie elegancko odebrany. Takie oświadczenie od razu trąci gorzej skrojonym płaszczem i rozbieganym spojrzeniem oszołoma.

Klasa i bezpieczna norma w zachodnioeuropejskiej kulturze oznacza wyrzucenie duszy na margines. Dusza nie pasuje do modnych szpilek, drogiego garnituru i dobrze ściętych włosów. Nie pasuje do elegancji i racjonalnego myślenia. Poważnie się zastanawiam, czy nie obwinić o taki stan Francuzów. Oświecenie, racjonalność, plus szpilki i Dior? U la la! To przecież mocno francuska mieszanka!

N’est–ce–pas?

 

Sztuczna przepaść

Tak więc po pierwsze w Europie o duszy się nie mówi. Po drugie, nasza kultura dała radę wytworzyć przesąd, że to, co tkwi w środku człowieka, a nie jest tkanką fizyczną, jest potencjalnie dosyć niebezpieczne i w związku z tym, należy trzymać się od tego z daleka.

Coś może wyskoczyć z ludzkiego wnętrza?

Oczywiście diabeł rogaty.

Dlatego nie zaglądajmy w siebie, nie tykajmy duchowości, bo to strefa wielkiego zagrożenia i nie wiadomo jak się przed tymi destrukcyjnymi oparami bronić. Naskoczą na nas, zjedzą, pochłoną i … generalnie będzie źle.

Kolejną bardzo intrygującą kwestią jest to, że dusza, w tym nikłym stopniu w jakim w ogóle pojawia się w naszej pop–kulturze, jest po prostu nieatrakcyjna i bez odrobiny seksapilu. To, że jednostkę świetlistą odziera się z powabu, jest może i zrozumiałe. Po co duszy atrakcyjność? W końcu nie jest stworzona do reprodukcji i nie musi afrodyzjakami zabiegać o partnera. Ale jak tu interesować się duszą, skoro na tle sześciopaku i jędrnej pupy wypada jak podstarzała, szara flądra?

W każdym z nas grają hormony, fruwają feromony, pulsują namiętności. To wszystko ma rumieńce, kolory, zapach, czar i tętni życiem. Dusza w porównaniu z tym pełnokrwistym tańcem godowym wypada bardzo blado. Jest jakaś taka wymoczkowata, przykurzona i pełna pretensji. Wiecznie zgorzkniała i wymagająca Ciocia Klocia.

Kto według ciebie drogi Czytelniku jest lepiej ubrany, dusza czy diabeł? Założę się, że to diabeł ma na sobie nieskazitelnie skrojoną marynarkę, lub kolorowy frak ze złotymi guzikami, a dusza pląta się w białawym, siermiężnym worku, lub opalizującej galabii. To, że spod połów fraka wystaje ogon z pędzelkiem na końcu, a z koronkowych mankietów długie pazury jest bardziej atrakcyjne niż bezbarwna i bezkształtna sukienczyna duszy. No a samochód? Jakim samochodem jeździ diabeł, a jakim dusza? Daję głowę, że diabeł rozpiera się wygodnie za kierownicą czerwonego ferrari. A dusza?

Dusza stoi zapewne na przystanku i czeka na miejski autobus…

No tak, diabeł reprezentuje wszystko to, co ziemskie. Seks, pożądanie, szybsze tętno i luksus. Dusza uosabia… cóż, wieczystość. Coś długiego, nudnego i wlokącego się bez końca. Po co zakładać kolorowy frak na te nudy w niebie? Nasza fizyczna część ciągnie do fizyczności. Trudno jej się dziwić, że kocha to, co zna i co jest jej bliskie. Ciało, nagość i pociąg fizyczny. Wcale nie mam zamiaru polemizować z ziemskimi ciągotami. Też jestem człowiekiem. Ale tę sztuczną separację tego, co ziemskie i tego, co niebiańskie, uważam za totalne manowce.

Na drugim końcu skali od kolorowego fraka jest kłująca włosienica. Po drugiej stronie od rozpusty, celibat. Od konsumpcji – asceza.

Pytanie, czy taka polaryzacja nam służy? Czy koniecznie muszę wybierać miedzy kolorowym frakiem, a bezkształtnym workiem? Czy nie mogę wziąć fraka bez ogona i szponów? I dlaczego mam stawać w opozycji do jakiejś części siebie? Mam być albo ziemska i żywotna, albo duchowa i nudna? Nie podoba mi się taka dezintegracja.

To, czego nasza kultura nie uczy w szkole, to tego, że KAŻDY Z NAS JEST FUZJĄ DWÓCH MATERII – materii fizycznej i materii świetlistej, czyli fuzją ciała i duszy. A fuzja to fuzja. Wiele różnego w jednym. Żywotność plus duchowość. Ogromne bogactwo różnorodności. Z wszystkimi konsekwencjami takiego stanu rzeczy. Z podwójnym setem zmysłów, z podwójnym potencjałem, z podwójnym rodzajem tkanek, z wielkim spektrum talentów i przywilejów.

Jednak ten ogromny wachlarz możliwości staje do mojej dyspozycji tylko pod jednym warunkiem – że do mojej świadomości dotrze fakt istnienia fuzji ciało–dusza. Tak długo jak wierzę naszej kulturze, że jestem tylko ciałem, tak długo ograniczam się do potencjału ciała. Wszystkie życiowe wyzwania będę oglądać tylko z perspektywy materii fizycznej. Wszystkie możliwości rozwiązań zlimitowane będą do materii fizycznej. Ogromna część naszego potencjału pozostanie nieaktywowana.

Szkoda.
Żyjemy w kulturze, która ustawiła nas samych po dwóch stronach przepaści. Sztucznie utworzonej i zupełnie niepotrzebnej. Żyjemy rozdzieleni, poszatkowani, rozwiedzeni z samym sobą. Chorujemy, mamy depresję, nienawidzimy życia i nawet nie rozumiemy, że to efekt tej separacji. Po prostu funkcjonujemy totalnie zdezintegrowani.

O kimś, kto przezornie ubezpiecza się na wszystkie strony mówimy z pogardą: „daje Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Spryt tego cwaniaka robi na nas wszystkich jak najgorsze wrażenie – Fuj! Jaki obrzydliwy oportunista! Ale ja go świetnie rozumiem. Rozumiem jego rozdygotane ręce, które próbują ogarnąć rozdźwięk między tym, co ziemskie i tym co niebiańskie. To przecież los każdego z nas. Ciągle balansujemy nad sztucznie wytworzoną przepaści. Czasami mam wrażenie, że nasza kultura wręcz cierpi na chorobę dwubiegunową. Jak masz sześciopak i mercedesa, to nie gadaj o duszy, bo nie wypada. Jak gadasz o duszy, to udawaj, że nie czujesz pożądania i nie podlegasz hormonom płciowym. Jedno, albo drugie. Jak można tak odzierać człowieka z jego części składowych? Musi zdeptać albo duszę, albo genitalia.

Trudny wybór.

Nie dziwię się, że dusza przegrywa…

A czy są inne możliwości? Mniej rozłamowe i dezintegracyjne?

Oczywiście, że tak. Możemy rozszerzyć swoją świadomość o potencjał ciała świetlistego i zacząć używać własnej inteligencji kwantowej dla dobrego zarządzania swoim życiem, w tym do rozbrajania blokad energetycznych. Prawda jest taka, że każdemu najlepiej służy harmonia i równowaga. Stanie pośrodku. Czerpanie i z ciała i z duszy. Dbanie o ciało i o duszę. Dla ogólnego dobra. Dla MOJEGO dobra. Moje dobro to wspieranie i duszy i ciała, bo jestem i jednym i drugim.

Jakie jest najlepsze rozwiązanie? Zbudujmy most między SOBĄ I SOBĄ. Między swoim racjonalnym umysłem, a swoją duszą. Już najwyższy czas.
Nasze energetyczne blokady czekają z utęsknieniem na tę chwilę.

Zatem zobaczmy jakie korzyści może nam przynieść taka współpraca.

 

Jak to jest z tą inteligencją kwantową?

Czy zastanawiałeś się kiedyś, czy rzeczywiście masz duszę? Czy naprawdę istnieje życie po śmierci, czy są jakieś wyższe światy, i czy zamieszkują je aniołowie?

Ja o istnieniu duszy jestem przekonana.

A ty?

Nie wiem, czy w nią wierzysz, czy nie wierzysz i raczej należysz do frakcji – Ja wierzę tylko w rozkład białka. To, co mam zamiar przedstawić w tej książce nie przeczy rozkładowi białka. To moje doświadczenie z gatunku „rozkład białka +”. O białku już wszystko wiemy. Opcja „Białko plus” to prostu szersza perspektywa i nowe możliwości. Dlatego na czas naszej wyprawy z pełnym przekonaniem proponuję, żebyś zostawił na boku wszelkie wątpliwości. Zawsze będziesz mógł do nich wrócić po zakończeniu lektury.

Widzisz tę szarą kupkę kamieni po swojej lewej stronie? To właśnie wątpliwości naszej kultury i nauki w sprawie duszy, czyli w sprawie ogromnej, choć niewidzialnej części ciebie. Twojego potencjału. Ogromnej bazy informacji na temat twojego życiowego „oprogramowania”, celów, temperamentu i talentów. To również mapa twoich życiowych zakrętów i instrukcja obsługi, jak je gładko przechodzić. To informator na temat tego, kiedy i dlaczego chorujesz i jak możesz wyzdrowieć. To rewelacyjny doradca finansowy. To swatka ze świetnymi koneksjami towarzyskimi. To twój mentor do spraw biznesu i kariery zawodowej. Chcesz to wszystko wywalić przez okno, czy może wolisz zacząć z tego korzystać? Jeśli odpowiedź jest, że tak, że bierzesz w posiadanie ten nieznany kawał siebie, to pozwól, że złożę ci moje najszczersze gratulacje! Właśnie poszerzyłeś swoje włości o niezwykle atrakcyjne tereny inwestycyjne. Wymagają jeszcze trochę pracy, zachodu i działań, ale bogactwo jest już w zasięgu ręki.

Zresztą drogę przez życie bez duszy wszyscy mamy świetnie przećwiczoną. Jeśli ma się coś zmienić… to musimy coś zmienić! Na naszej drodze, to „coś nowego”, to właśnie zapoznanie się z dynamiką duszy.

Jeśli chciałbyś mnie zapytać, czy od zawsze wierzyłam w duszę, to muszę przyznać, że nie. Ale nie wiedziałam o tym, że nie wierzę. Teraz nie mam co do tego wątpliwości i to wcale nie dlatego, że moja wiara jest taka wielka. Mój brak wątpliwości nie ma nic wspólnego z wiarą. Ja po prostu WIEM.

Mój rozum ma wielkie szczęście – nie musi się borykać z brakiem wiary w duszę i powątpiewać w istnienie życia po śmierci. A to wszystko z tego powodu, że mam na wyposażeniu pewien unikalny talent. Jedni dobrze liczą, inni są wirtuozami fortepianu. Mój talent, to wprowadzanie innych ludzi w świat duszy, przesuwanie ich uwagi w świadomość wieczystą. Jako terapeuta duchowy pracuję, otwierając portale między ciałem fizycznym i ciałem świetlistym moich klientów. Kontaktuję ich z duszą. Potem w zależności od intencji pracy, podróżujemy w duchowe stany świadomości i przemierzamy pozaziemskie regiony siatki kwantowej, lub koncentrujemy się na konkretnej blokadzie energetycznej i… rozbrajamy ją.

Jak to się odbywa?

Bardzo zwyczajnie.

Mój klient siada na żółtej kanapie w moim gabinecie.

Zamyka oczy.

Przestrajamy jego wzrok z fizycznego na kwantowy.

Nawiguję jego uwagę w portal do duszy.

I wszystko zaczyna być dla niego widoczne.

Mój klient ma przed oczami real duchowy. JEST w swojej duszy.

Tak, jak można podróżować z Warszawy do Paryża, tak samo można zmieniać miejsca pobytu w naszej świadomości. Można ją przestrajać z postrzegania ziemskiego na postrzeganie duchowe.

Jak wygląda dusza?

To jesteś TY, tylko w innym świecie. Tak samo czujesz, podobnie myślisz, widzisz, słyszysz, tylko wokół masz inny świat. Jakbyś wszedł do innego filmu. Są tam krajobrazy jak na Ziemi. Lądy, morza, lasy i rzeki. Miasta, zamki i wioski. Są tam też kosmiczne miejscówki, gdzie zamiast niebieskiego nieba ze słońcem widać granat z gwiazdami. Są też inne planety, różne cywilizacje, właściwie cała masa innych cywilizacji. Są oczywiście anioły, ich kliniki medyczne i kosmicznie zaawansowane technologie. Ten, kto obejrzy na własne oczy światy „po drugiej stronie”, wraca zszokowany istnieniem duchowych krain i ich namacalnością.

Jeśli interesują cię opisy światów duszy, zapraszam do przeczytania mojej pierwszej książki pt. Terapia Wielowymiarowa (Wydawnictwo Biały Wiatr, 2017). Opisałam tam kilkanaście wędrówek przez duchowe wymiary.

W tej książce interesują nas sekrety obfitości. Czyli w jaki sposób ten duchowy, kosmiczny TY i ziemski TY, możecie się dogadać i razem rozwiązywać życiowe problemy.

Czy te piękne krainy duszy są w każdym człowieku? Szmaragdowe łąki, rajskie ogrody, kosmiczne miasta?

Tak.

To wszystko jest potencjałem każdego z nas. KAŻDY z nas ma w sobie Wyższą Ziemię i cały Kosmos.

Ty również.

Każdy z nas jest bardzo zaawansowaną, wielopoziomową istotą. Jesteśmy ciałem i duszą. Dlatego tak trudno posklejać życie bez kontaktu ze swoją duchową częścią. Próby rozwiązywania życiowych problemów bez uwzględnienia całości siebie, to trochę tak, jakbyśmy chcieli otrzymać dobry wynik w matematycznym równaniu, którego połowy zapomnieliśmy zapisać…

No nie da się.

Tak więc spróbujmy się przestawić na szerszą, holistyczną perspektywę i zaakceptujmy fakt istnienia duszy. Zobaczmy, w czym może nam to pomóc. A nuż skorzystamy na tej zmianie myślenia? W końcu nie chodzi o jałowe dyskusje, czy dusza istnieje, czy nie. Chodzi o obfitość. Obfitość ŻYCIA. O sięgnięcie po to, czego chcemy. Chodzi o namacalne rezultaty współpracy z duszą.

Czy jesteś gotowy wziąć ze sobą duszę na wyprawę po wszelaki dostatek?

Jeśli tak, to idziemy dalej.

Możliwości naszej inteligencji kwantowej są absolutnie spektakularne i nieograniczone. Najlepiej obrazuje je słowo „cud”. Czym jest cud? Cud jest cudowny. Piękny, wspaniały, niewyobrażalny, przekraczający ludzkie rozumienie, przywracający nadzieję, potężny i życiodajny. Dokładnie taka sama jest nasza inteligencja kwantowa. Zaczyna pracować na naszą korzyść z imponującym turbodoładowaniem, od momentu kiedy zaczynamy zwraca uwagę na swoją duszę.

To jaka jest ta dusza? Co w nas siedzi?

W szkole nam tego nie mówią, ale nie zmienia to faktu, że każdy z nas jest duchową istotą i bardzo dobrze, bo to właśnie dzięki inteligencji naszego ciała świetlistego możemy przyspieszyć rozbrajanie blokad energetycznych. Nasza inteligencja duchowa ma na wyposażeniu świetliste zmysły, które działają paralelnie do naszych zmysłów fizycznych. Każdy z nas ma świetlisty zmysł wzroku, słuchu, czucia i powonienia i zdziwisz się pewnie, jeśli ci powiem, że aktywowanie tych zmysłów zabiera każdemu człowiekowi przeciętnie tylko kilka minut.

Nasza inteligencja kwantowa, czyli potencjał ciała świetlistego jest dla nas dostępny przez cały czas naszego pobytu na Ziemi. W każdym momencie możemy aktywować świetliste zmysły i wejść w świadomość wieczystą, czyli w świadomość swojej duszy. Na pewno słyszałeś o relacjach osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Mówią o tym, że wisząc kilka metrów nad ziemią widzieli swoje nieruchome ciało na stole operacyjnym, albo leżące obok roztrzaskanego w wypadku auta. To właśnie kwantowy wzrok pozwala obserwować rzeczywistość na Ziemi, mimo, że nasze oczy fizyczne są zamknięte i wyłączone z aktywności.

Ale to jeszcze nie koniec rewelacji.

Dusza, to nie tylko świetliste zmysły. To również przynależność do potężnego duchowego Uniwersum. Planeta Ziemia to świat fizyczny, naturalne środowisko naszego ciała fizycznego. Są tu kontynenty, kraje i społeczności. Rzeczywistość światów duchowych jest analogiczna. Dusza ma swój świat utkany nie z materii fizycznej, ale z materii świetlistej. Tam też są różne wymiary, różne środowiska i różne społeczności. To są światy, których nie widzimy „gołym”, fizycznym wzrokiem, ale każdy z nas może sobie to wszystko wspaniale obejrzeć przechodząc na wzrok kwantowy.
Zatem każdy z nas jest fuzją. Ziemią i Niebem. Jest we mnie i Ziemianin i świetlisty anioł. Jestem i ciałem i duszą.
Tak rozgrzani całością swojego potencjału ruszajmy na nasze safari. Potrzebujemy jeszcze kilku drobiazgów. Po pierwsze oczywiście swojej duszy. Jeśli ma nam pomóc w obfitości, to nie może zostać w domu.

Co jeszcze może nam się przydać w pogoni za szczęściem?

Równie ważna jak dusza, jest świadomość.

 

POTĘGA ŚWIADOMOŚCI

Dobieramy sprzęt

Był taki czas, kiedy wielowymiarowe narzędzia, którymi pracuję, robiły na mnie ogromne wrażenie. Portale galaktyczne, rozmowy z Aniołami, wycieczki do Raju, Boskie Światło.

Wow.

Spory kaliber, szybkie efekty terapii, spektakularne towarzystwo Istot Światła.

Naprawdę coś.

Ale pozostając w mailowym kontakcie ze swoimi pacjentami, po jakimś czasie stało się dla mnie jasne, że niektórzy z nich szli mocno do przodu, a u niektórych efekty terapii wielowymiarowej… COFAŁY SIĘ!

Cud trwał przez jakiś czas, a potem gasł jak iskierka w popielniku Wojtusia…

Mało tego. Z niektórymi klientami pracowałam narzędziami terapii Gestalt, wspaniałymi wprawdzie, ale gdzie im tam do międzygalaktycznych konferencji i do dotknięcia ręki przybocznego Anioła… A tu okazało się, że niektórzy z moich gestaltowych klientów wypracowywali lepsze efekty pracy, niż klienci w terapii wielowymiarowej!

Szczytem rozczarowania była dla mnie informacja, że widowiskowa poprawa zdrowia u jednej z moich klientek trwała tylko rok… Po tym czasie, jej ciało samoistnie powróciło do stanu sprzed terapii, czyli do kilkunastu guzów w piersiach. Kiedy rok wcześniej zwróciła się do mnie o pomoc, pracowałyśmy krótko, ale bardzo intensywnie. Stan jej zdrowia po sesji znacząco się poprawił, guzy zmalały i umówiłyśmy się, że pójdzie na uzupełniającą terapię w swoim miejscu zamieszkania, bo przyjechała z daleka. Doszłyśmy wprawdzie do genezy problemu, ale dalsza praca terapeutyczna była według mnie niezbędna.

Sprawdzałam telefonicznie co jakiś czas, jak się miewa i po kilku miesiącach było dla mnie jasne, że efektów terapii brak. Jej opowieści o życiu i zestaw problemów miał ciągle ten sam kolor. Nie było zmiany. Jej narracja nie wykazywała żadnych oznak progresu.

Byłam zaniepokojona. Dopytywałam się, jak idzie terapia, a ona zapewniała, że dobrze.

Jednak po roku guzy wróciły.

Jestem w takim miejscu, kiedy jest dla mnie jasne, że WSZYSTKIE narzędzia terapeutyczne są wspaniałe, pod warunkiem, że klient z nich skorzysta. Dla jednego przełomem będzie pogawędka z Aniołem, dla innego namalowanie mandali, lub śpiew intuicyjny. Albo przędzenie, lub taniec. Nie ma idealnego narzędzia, które uniwersalnie zbawia poturbowanych Ziemian. Nie ma lepszych i gorszych narzędzi. Wszystkie są jedynie inspiracją. Kołem ratunkowym, które jeden człowiek pochwyci, kurczowo przytrzyma i dopłynie do brzegu. A inny dotknie na chwilę, a potem puszcza. Bo nie ma siły… bo stare nawyki są silniejsze… bo stracił nadzieję… bo się zmęczył.

To, co ma uniwersalną moc NIE JEST narzędziem.

Jest integralną częścią każdego człowieka i nie pochodzi z zewnątrz. Jest potężnym zasobem wewnętrznym.

To świadomość.

Otwartość na informacje, ich przyjmowanie, procesowanie i dokonywanie wyboru. Czuwanie, pamiętanie, aktywność. Bycie uważnym. Zdawanie sobie sprawy. Odpowiedzialność za siebie. Świadomość wpływu swojego myślenia, odczuwania i reagowania na jakość życia.

Bez ruchów w świadomości klienta, najbardziej spektakularne narzędzia łamią się jak zapałki. Odbijają od ściany.

Bez trudu, cierpliwości i determinacji, cudu nie będzie.

Chcę jeszcze powrócić do poprzedniego przykładu.

Guzy w piersiach na poziomie ciała są ważną informacją, że w duszy coś utknęło. Po pracy z duszą, guzy zmalały i moja klientka uzyskała dodatkowy rok na wędrówkę w głąb siebie po najważniejszą informację:
Co dzieje się w mojej duszy, w moich emocjach, w moim podejściu do siebie, co generuje problemy na poziomie ciała?
Powiedziałam wcześniej, że samo „nazwanie” problemu okazało się niewystarczające. Obie wiedziałyśmy, że jej piękne piersi są tak naprawdę „gadżetem”, o który opiera całą swoją wartość. Ostatnim lądem, dzięki któremu chce zawojować świat.

Mimo doskonałego ciała, gładkiej buzi i zielonych oczu jej dusza płakała. Moja klientka w głębi duszy nie czuła się godna miłości, wartościowa i atrakcyjna jako kobieta. Oczywiście były ku temu ważne przyczyny. Dzieciństwo, pierwszy związek, drugi związek i cała wiązka porzuceń, lekceważenia i seksownych ubrań, które miały za zadanie oszukać cały świat, że oto idzie królowa, chociaż w duszy kuliło się z rozpaczy niedoinwestowane miłością i szacunkiem dziecko. Guzy i operacja piersi odbierały mojej klientce ostatni argument na bycie ważną, ponętną i godną uwagi. Było dla mnie jasne, czego domaga się jej dusza. Dlaczego odbiera jej ostatnie walory. Dusza pragnęła szacunku dla całej swojej istoty, a nie dla jednego, pulchnego kawałka jej ciała. Domagała się zrozumienia swojego stanowiska i przerobienia zadanych lekcji oraz nauki bezwarunkowej miłości do CAŁOŚCI SIEBIE.

Ale między moją wiedzą „dlaczego”, a obciążonymi piersiami kobiety jest jeszcze spory odcinek drogi. Jej najważniejszymi etapami są:
Co tak naprawdę rozgrywa się w jej duszy? O jaki ból, o jaką blokadę chodzi?

Uświadomienie sobie tego bólu i tej blokady przez moją klientkę. Świadomość i nazwanie tego, jak się czuje. Tu bez kontaktu ze sobą daleko się nie zajedzie, a więc niezbędny jest – uważny kontakt ze sobą i nazwanie tego, co naprawdę się czuje.

Ochota na to, żeby coś z tym fantem zrobić.

Transformacja blokady przez moją klientkę (tu muszę przyznać, że narzędzia wielowymiarowe są bardzo skuteczne), czyli zajęcie się raną w swojej duszy.

A potem znowu monitoring siebie, czy stary schemat jeszcze działa, czy już nie.

Później wrócimy jeszcze do tych kolejnych faz, niezbędnych do permanentnej regeneracji ciała i omówimy je dokładniej. Warto je porządnie zrozumieć.

Ale na razie zatrzymajmy się jeszcze przy świadomości.

Jeśli po stronie klienta nie ma woli do zmiany, odwagi do kontaktu ze sobą, siły na ten kontakt czy motywacji do pracy nad zmianą, to nie ma cudów. W jego życiu niewiele się zmieni. Po wydaniu pierwszej książki pojawiło się w moim gabinecie wiele osób, które miały wcale nie taką cichą nadzieję, że moc wielowymiarowych narzędzi posprząta w ich życiu i żaden wysiłek nie będzie konieczny.

Być może i ja byłam zbyt frywolna i nie napisałam wyraźnie:

CZŁOWIEKU! BATALIA O TWOJE SZCZĘŚCIE ROZEGRA SIĘ OSTATECZNIE W TWOJEJ ŚWIADOMOŚCI. TO TWÓJ WYBÓR ZADECYDUJE O TYM, CZY ZROBISZ PORZĄDEK ZE SWOIM ŻYCIEM, CZY NADAL BĘDZIESZ TKWIŁ W MIEJSCU, KTÓRE CI SIĘ NIE PODOBA.
Mam czasami żal do niektórych technik kwantowych za obiecanki-cacanki, że problemy można łatwo, lekko i szybko rozwiązać – bez obciążania dyskomfortem i trudem rozwoju właścicieli blokad.

Nie można.

To nie jest możliwe.

I zaraz udowodnię dlaczego.

Ale do tego potrzebujemy kolejnej porcji sprzętu.

Po duszy i świadomości, naszym następnym krokiem będzie poznanie pewnego interesującego drapacza chmur, a właściwie drapacz gwiazd!

 

Drapacz gwiazd

Czy wiesz, że każdy człowiek może spokojnie konkurować ilością wewnętrznych pięter z najwyższymi budowlami na Ziemi? Burdż Chalifa ma 163 piętra – jest dumą i wielką atrakcją Dubaju. Rzeczywiście, wystrzela w chmury i robi ogromne wrażenie. Ale każdy z nas, ludzi, ma o wiele więcej pięter niż emiracka gwiazda. Każdy z nas drapie nie tylko chmury. My sięgamy ponad ponad nie, poprzez gwiazdy, aż po oślepiające źródło Boskiej Energii.

To wszystko jest w nas, tak samo jak nerki i śledziona.

Przepraszam za zestawienie Boskiego Światła ze śledzioną, ale jeśli mamy poważnie zająć się blokadami i obfitością, to jest to niezbędny krok. Dzięki temu, że jesteśmy fuzją ciała i duszy, jest w nas WSZYSTKO. I śledziona jest ważna i Boskie Światło, a najważniejsze jest zrozumienie, jak to wszystko razem działa, i jak może nam pomóc w zarządzaniu szczęściem.

Mamy już do dyspozycji świadomość. Rozumiemy, że bez nazywania i pojmowania tego, jak działa nasze wnętrze, daleko nie zajdziemy. A więc dajmy naszej świadomości coś do roboty i przyjrzyjmy się, jak funkcjonuje nasz wewnętrzny wieżowiec.

Wchodzimy na parter.

Po prawej stronie oglądamy piękne schody, po lewej znajdują się windy.

Teraz patrzymy do góry.

Nad tobą wznosi się wiele pięter tego cudu architektury i na każdym coś się wydarza. Ktoś pracuje, ktoś się krząta, ktoś właśnie zbiega po schodach, ktoś pije kawę, podlewa kwiaty, spieszy z teczką do prezesa, odbiera telefony, idzie do toalety, dzwoni do przyjaciółki, sprawdza maile. Gwarno tu jak w ulu.

W każdym z nas jest ogromna ilość pięter, a na każdym – kawałek CIEBIE. Twoich procesów biochemicznych, nawyków, myśli, zdarzeń z przeszłości, morfologii, umiejętność jazdy samochodem i swędzenie pod kolanem.

Oczywiście nie jest to jakiś groch z kapustą, tylko piękny porządek, jak w każdym organizmie.

Na parterze mieszka twoje ciało.

To bardzo wygodne. Nogi wchodzą i wychodzą z budynku, i nie muszą wdrapywać się po schodach, ani tracić czasu na czekanie na windę. Piętro wyżej zamieszkuje twoja biochemia. Wyniki ostatnich badań, skład chemiczny krwi, ilość leukocytów, wysokość cholesterolu, cukier i adrenalina. Jeszcze wyżej mieszkają twoje emocje. Złość, zazdrość i radość z sukcesów sportowych. Nad nimi, jeszcze o poziom wyżej, króluje mental. Klarowne sformułowania, koncepty, pomysły, podejście do różnych spraw.

Każde wyższe piętro zarządza niższymi piętrami.

Jeśli na poziomie mentalnym pomyślisz o cytrynie, zmieni się twoja biochemia, a w ustach poczujesz napływ śliny i wspomnienie cytrynowej kwaśności. Konkretne działania na mentalnym piętrze (pomyślenie o cytrynie) uruchamiają zmiany na wszystkich niższych poziomach. Na parterze popłynie ślina, bo przez mentalne piętro przemknęła myśl o cytrynie.

Ślinę wyprodukuje twój organizm, chociaż żaden kwaśny plasterek nie wylądował w twoich ustach. Nie było na parterze żadnego spotkania materii z materią, czyli cytryny z naszym ciałem. Sama myśl na poziomie mentalnym narobiła bałaganu i porządziła na niższych poziomach. WPŁYNĘŁA w konkretny i bardzo materialny sposób na poziom biochemii i na ciało na parterze. Zupełnie bez twojego świadomego zaangażowania i bez potrzeby zarządzania produkcją śliny.

Taka jest moc każdego wyższego piętra w stosunku do niższych poziomów. Robią swoje, nie pytając nas o zdanie i nie informując o rezultatach swoich działań.

Podobna współpraca między–piętrowa miałaby miejsce podczas spotkania z tygrysem bengalskim. Nie w ZOO… tylko ty i tygrys na wolności.

Założę się, że twój wieżowiec miałby sporo roboty ze strachem, adrenaliną i ucieczką. Piętra błyskawicznie wymieniałyby się informacjami – parter przebierał nogami, pierwsze piętro szalało z wytryskiem adrenaliny, emocje sięgały zenitu, a mental pchałby cały ten stres do komórki z przykrymi wspomnieniami (też jest w tym wieżowcu), żeby właściciel wieżowca nie zwariował ze strachu i żeby mógł spokojnie spać potem po nocach.

Dwa pierwsze piętra ciebie, czyli twoja fizyczność i twoja biochemia grają główną rolę kiedy wysiada ci zdrowie i idziesz do lekarza. Lekarz ogląda ciało, zleca badania i na tej podstawie stara się określić, co się stało, że twój parter zaczyna szwankować.

Czy lekarze wdrapują się na drugie piętro i wyżej?

Na przykład chińscy medycy tak, ale ogromna większość europejskich lekarzy w ogóle tam nie zagląda. Na biochemii kończy się ich architektoniczna świadomość. Uważają, że nad sufitem piętra biochemii jest już tylko dach z kominem. Czy to nie zadziwiające?

Na piętro emocji i mentalu wchodzisz za rączkę z terapeutą i coachem. Ale czy lekarze konsultują ewentualne wydarzenia z tych pięter z poziomem 0 i 1?

Przeważnie nie.

A przecież nasza cytrynowa lekcja wyraźnie pokazuje, że między cytryną na górze i śliną na dole istnieje więź.

Nawet czasami wstyd się przyznać znajomym, że myszkujemy po emocjonalnym i mentalnym piętrze z terapeutą w poszukiwaniu swojej prywatnej cytryny, czyli przyczyn choroby. Spotkania z terapeutą? To nie ma przyjemnego zapaszku. Wręcz śmierdzi. Śmierdzi słabością, chorobą psychiczną i domem wariatów. Każdy porządny człowiek powinien się trzymać parteru, a nie łazić po podejrzanych zakamarkach w poszukiwaniu siebie.

Wielkim wydarzeniem w 2017 roku były słowa papieża Franciszka, że korzystał z usług terapeuty. Jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Katolik, z wielkim sukcesem w karierze, łamie tabu, że wejście na poziom emocji jest groźne. Nie jest groźne. To normalne, że w poszukiwaniu zdrowia i dobrego samopoczucia chcemy poznać siebie.

Ostatnio przeczytałam, że już dziewięćdziesiąt kilka procent onkologów dostrzega i uznaje połączenia przyczynowo-skutkowe między emocjami i chorobą nowotworową. Już rozumieją, że myśli i emocje wpływają na stan naszych tkanek. Już biorą pod uwagę związki cytrynowo-parterowe. Brawo. Najwyższy czas. Ale czy wyraźnie informują pacjentów, że remontując parter, należy wspiąć się wyżej i dokładnie poznać górne piętra?

A więc na takim skromnym, kilkupiętrowym budyneczku kończy opis człowieka współczesna nauka i medycyna. A co, jeśli tych pięter jest WIĘCEJ?? Co, jeśli nad mentalnym poziomem jest coś jeszcze, a nie tylko dachówka? Jakieś kolejne apartamenty…

Informacja, że człowieka rypie kolano, jest dla świadomości jasna. Sygnały z parteru są często łatwe do odcyfrowania, chociaż nie zawsze. Arktyczne powiewy, lodowaty strach czy ból na poziomie emocji są w stanie „zamrozić” odczuwanie na poziomie ciała. Lodowiec z emocjonalnego pietra po prostu skuje lodem parter. Wtedy nawet solidne walnięcie łokciem we framugę, może nie zostać odnotowane przez naszą świadomość. Mówi o tym baśń „Królowa śniegu” Hansa Christiana Andersena. Okruch lodu w sercu Kaja wystarczył, żeby zmieniła się jego osobowość, żeby zapomniał o pięknej przyjaźni z Gerdą, zapomniał o tym, kim naprawdę jest. Zima zmiotła potężny kawałek Kaja i odebrała mu siebie samego.

Jednak parter ma dobrej jakości megafony na podorędziu i złamana noga na pewno wyśle odpowiednie informacje, że musimy pomyśleć o interwencji, i że trzeba coś z tym zrobić. Ale im wyżej, tym te sygnały są coraz trudniejsze do uchwycenia i do rozpoznania. Nie mówiąc już o sensownej interwencji. Złamane serce boli, ale gipsu tam nie założymy.

Tysiące ludzi traci ochotę do życia, szarzeją, a to, co powoduje taki stan, jest tak głęboko ukryte, że ani rany nie widać, ani nie wiadomo co boli, ani jak się zabrać za leczenie tego, czego nie widać, a co de facto odbiera radość istnienia.

Te właśnie piętra powyżej poziomu emocji i myśli zajmuje nasza dusza. Oczywiście nie jest tak, że ciach, i od czwartego piętra w górę jest tylko dusza. Fuzja to fuzja. Cały wieżowiec to CAŁY TY i już powiedzieliśmy, że wszystkie piętra ze sobą współgrają, wspierają się i współdziałają.

Na duchowe piętra wchodzi jeszcze mniej ludzi niż na piętro emocji i myśli. Część ludzi powątpiewa w ogóle w ich istnienie, część się ich boi, a część uważa je za skażone i groźne dla człowieka. Tymczasem one po prostu SĄ. Mało rozpoznane, no bo jeśli mało osób tam wchodzi, to jakim cudem miała by niby powstać obszerna bibliografia na ich temat? Inteligencja emocjonalna to też stosunkowo świeży temat. Ale nikt już chyba nie wątpi, że ma sens?

Trenerzy mentalni nadal są owiani tajemnicą i nie wiadomo dokładnie jak i co robią, ale wiadomo, że nasi skoczkowie narciarscy skaczą dużo lepiej i dalej, jeśli weźmie się za nich dobry trener mentalny.

Jakby Kolumb nie dopłynął do Ameryki, to też byśmy nie wiedzieli, że są tam piramidy i mustangi. Kiedyś Europejczycy nie mieli pojęcia o ich istnieniu. Teraz Ameryka wiedzie prym na świecie.

Bez pionierów nie ma postępu. Nie odnajdziemy obfitości, nie ryzykując wyprawy na nowy ląd. Nasze duchowe piętra czekają na swoich Kolumbów, którzy pewnego pięknego dnia wstaną z łóżka i zadadzą sobie pytania:

Jak mogę poznać, co skrywa moja dusza?

Jak mogę się do niej dobrać? Jak rozpoznać jej działanie i możliwości?

 

Dusza

Ciało każdy widzi, można się uszczypnąć i wiadomo, gdzie jestem i co robię. Biochemię wyśledzą eksperci z laboratoriów, o myślach i emocjach pogadasz z terapeutą.

Ale jak namierzyć ewentualne istnienie kolejnych warstw wieżowca?

Wspomniałam już, że pracuję jako terapeuta duchowy i że mam szczególny dar, który pozwala mi obserwować wieżowiec od czwórki w górę. Nawet nie chce mi się udowadniać, że wieżowiec, to tak naprawdę drapacz gwiazd, a nie czteropiętrowa buda dla psa. Najciekawsze zatem nie jest pytanie, czy jakieś wyższe piętra istnieją (skoro można je zobaczyć na własne oczy, to po co tracić czas na debatę, czy istnieje żyrafa..) – najciekawszym pytaniem jest, jak działają i co potrafią. I czy mają jakiś wpływ na nasze życie?

Pięter nad czwórką jest cała masa. Dubaj by się zdziwił. A ich schemat działania jest dokładnie w kolorze naszej cytryny – każde kolejne w górę, wpływa na wszystkie poniższe. Co oznacza, że nasze problemy z parterem, czyli z naszym kochanym ciałem, jak również z naszą biochemią, a nawet z naszą energią, i z naszymi emocjami, i myślami, są w potężnym stopniu związane z piętrami od czwórki w górę.

To tam, w subtelnych segregatorach, zebrane są informacje o naszej duszy. Kiedy cierpiała, dlaczego, jak sobie z tym radziła, jaki to miało wpływ na ciało i na całe życie.

Piętra współpracują. Omówiliśmy to przy cytrynie i tygrysie.

Żeby lepiej zrozumieć co dzieje się na wyższych piętrach, powróćmy na chwilę do „budowy” duszy. To nasza nie–fizyczna część, która bardzo przypomina to, co uważamy za SIEBIE na Ziemi. Dusza jest jakby bliźniakiem naszego systemu fizycznego. Ma swój zestaw zmysłów – wzrok, słuch, dotyk, powonienie, smak. Ma swoją pamięć, swoją inteligencję i poczucie humoru. Ma swój świat, do którego należy!

Czyli jestem ja fizyczny, z ciałem, oczami, przyjaciółmi i domem i ja nie–fizyczny – z ciałem świetlistym, świetlistymi oczami, świetlistymi przyjaciółmi i świetlistym domem.

Pojęcia nie mam, kto i dlaczego wyłączył nam świadomość tej drugiej części każdego z nas. Być może stało się to po to, żeby w trakcie używania zestawu fizycznego nie sugerować się za bardzo istnieniem i sprawami świata świetlistego. No, ale nas nie interesują sprawy na wyższych piętrach z czczej ciekawości. My zabiegamy o interesy całej fuzji.

W każdym razie jest ten drugi JA i też myśli! Też czuje, też się śmieje i ma swoją osobowość, sprawy i tematy, które go interesują.

Jak to możliwe, że mamy jakieś dodatkowe oczy, uszy i jeszcze w dodatku jakieś duchowe mieszkanie, o którym nic nam nie wiadomo? Czy w transakcję kupna tej nieruchomości był zaangażowany jakiś godny zaufania notariusz?

No tak. W tym cały problem. Nasze dwie materie, czyli ciało i dusza, nie są nastawione na ten sam odbiór. Po prostu kiedy jesteśmy mocno osadzeni w ziemskich sprawach, trudno nam jednocześnie odpalić postrzeganie duchowe. Nie oznacza to, że przestajemy istnieć w naszych kwantowych wymiarach! Ależ skąd! Część naszej świadomości przebywa „tu”, ale ogromna i fascynująca część naszej świadomości, ta mniej rejestrowalna przez nasz umysł, jest cały czas „tam”.

Po prostu nie umiemy żonglować jednocześnie obiema piłeczkami – postrzeganiem ziemskim i postrzeganiem kwantowym.

Czy jest to do wyuczenia?

Tak.
A jeśli chcemy uwolnić się od blokad i udrożnić przepływy obfitości, nie mamy właściwie innego wyjścia, niż poznanie i zrozumienie świata duszy. Sam za chwilę zobaczysz, że twoja inteligencja duchowa, to naprawdę zachwycający kawałek ciebie samego!

 

Wyższe piętra wieżowca

Kiedy jesteś na Ziemi, jesteś w ciele. Dzięki swojemu biologii możesz zwiedzać świat, podróżować, zmieniać kontynenty… i jeść mandarynki. Masz dostęp do materialnego reala dzięki swojej fizyczności. Kiedy zaś wchodzisz w rejony duchowe, twoje ciało świetliste zaczyna ci służyć w dokładnie taki sam sposób w świecie duchowym. Możesz podróżować przez wszystkie wyższe wymiary, oglądać krajobrazy i zwiedzać tamtejsze krainy.

Jest ich tak wiele, że z pozycji Ziemi trudno sobie wyobrazić ich ilość. Nie czuję się na siłach podać nawet przybliżonych wielkości procentowych (a chciałabym je znać!)i ile jest tych wyższych pięter nad tymi, które przy okazji cytryny i tygrysa już sobie pozwiedzaliśmy.

Są krainy w chmurach, są krainy pod wodą. Lasy, puszcze i oceany. Setki, tysiące innych Ziem. A może miliony? A może miliardy? A do tego jeszcze krainy kosmiczne, w które też możemy wejść, dzięki ciału duchowemu. A w kosmosie kolejne cywilizacje, kolejne miasta, kolejne galaktyki…

Na najwyższych piętrach naszego gwiezdnego drapacza chmur rozpościera się kilkupiętrowy Penthouse pełen Światła. To kilka najwyższych pięter, które zajmuje potężna, kosmiczna Energia Życia.

To wszystko w nas. I wyższa Ziemia, i kosmos i Boskie Światło. W głowie może się od tego wszystkiego zakręcić.

Pomyśl, że kiedy martwisz się o spaloną zupę, ponad tobą rozciąga się taki wielki, kosmiczny kawał CIEBIE, o którym w ogóle nie masz pojęcia, co robi i jak funkcjonuje!

Nie da się tego wszystkiego objąć ludzkim rozumem.

Na szczęście nie takie jest nasze zadanie. Nie chodzi nam o fruwanie po kosmosie. Zostawmy to aniołom. Nam chodzi o blokady i o reguły obfitości na Ziemi.

A co mają do tego wyższe piętra?

Na tych wyższych piętrach urzęduje nasza dusza, czyli nasza inteligencja wieczysta. Warto zrozumieć jak działa, bo to z wyższych pięter zarządza niższymi piętrami, czyli całym naszym ciałem i życiem.

Czy słowo wieczysta oznacza, że żyje wiecznie?

Dokładnie tak.

Z tego powodu jest naprawdę niezłą mądralą i proponuję, żebyśmy od razu do niej zapukali i z marszu zapytali, o co chodzi z tymi blokadami? I skoro żyje wiecznie, niech nam z łaski swojej powie, jak odblokować obfitość? Czyli jak sięgnąć po wszystko, o czym marzymy…

 

CZEGO PRAGNIE DUSZA?

Tasiemki na anielskich pagonach, czyli cel i kariera duszy

Po wizycie w wieżowcu wiemy już, że każdy z nas rozciąga się między Ziemią i potężnym, oślepiającym energią Źródłem Życia, i że ten wielowarstwowy układ jest jednym, wielkim organizmem, w którym wszystko współdziała. Współdziałają piętra „cielesne” z piętrami „duchowymi”. Każdy z nas to imponująca, materialno–duchowa maszyneria. Poziomy materialne ogarnia percepcja fizyczna, a do zwiedzania i zrozumienia tych bardziej subtelnych pięter trzeba zaangażować percepcję kwantową.

I wiemy też, że im wyższe piętro, tym subtelniejsza jest jego natura i tym potężniejsza moc. Materialny parter, pozornie silny i niezależny jak pneumatyczny młot, jest w rzeczywistości marionetką pociąganą za niewidzialne sznureczki z góry.

Jeśli interesuje nas hasło „obfitość”, to oczywiście nielogiczne byłoby założenie, że przy cytrynie piętra współdziałają, a przy obfitości już nie. Współdziałają przy wszystkim, co nas dotyczy. Przy obfitości, zdrowiu, szczęściu, relacjach i karierze zawodowej. I zawsze według reguły – im wyższe piętro, tym więcej ma do powiedzenia, mimo, że go nie widać…

A więc przyjrzyjmy się dokładniej o co chodzi poszczególnym piętrom w temacie obfitości.

Czego pragną nasze ziemskie piętra? Oczywiście szczęścia i obfitości w „all inclusive pakiecie” – dobre zdrowie, pełen portfel, ciekawa praca, wielka miłość i doborowe grono przyjaciół dla miłego spędzania czasu. Wszyscy dokładnie wiemy, na czym polega ziemska „kariera życiowa”. To dobrze płatna posada, albo świetna kariera uniwersytecka, albo sława i prestiż społeczny, lub dobrze spożytkowany talent. Do tego założenie rodziny, stabilizacja finansowa i dobre koneksje towarzyskie.

To jest idealny „obrazek” ziemskiego szczęścia. Ale my już wiemy, że JA to nie tylko ciało fizyczne i ziemski rozum. MNIE jest znacznie więcej. Czy tej świetlistej części MNIE też o coś chodzi? Ma jakieś swoje pragnienia? Czy może siedzi cichutko w niebie i nie targają nią żadne potrzeby? A może „robi” jakąś duchową karierę w swoim duchowym świecie?

No i teraz, uwaga, uwaga! Zbliżamy się do punktu zero w planowaniu naszej wyprawy. Bez zrozumienia, czego pragnie dusza, w ogóle nie ma sensu ruszać się z domu. Niczego nie „ugramy”. Polowanie na obfitość uda się tylko wtedy, kiedy zrozumiemy, o co chodzi wyższym piętrom.

Niższe piętra z pożądliwością zerkają na pliki banknotów, ponętne ciała i domy nad morzem, ale duchowe piętra wcale nie pozostają w tyle jeśli chodzi o namiętności! Dusza również robi karierę i jest nią absolutnie zafascynowana! Pożąda awansu z taką samą żarliwością jak nasza ziemska część diamentów i złota. Dusza ma swoje cele i pragnienia, dokładnie tak samo, jak nasze ziemskie ego. I rozpalają ją one do czerwoności! Wprawdzie różnią się diametralnie od typowo ziemskich pragnień, ale żeby je zdobyć, dusza jest gotowa na szaleństwa, przy których nasz ziemski temperament kompletnie wysiada. Dość powiedzieć, że za swoje duchowe marzenia dusza jest gotowa cierpieć i umierać tysiące razy. Jej upór, żarliwość i determinacja są monumentalne!

Jest pod tym względem naprawdę tytaniczna.

Pamiętasz, kiedy mówiłam o kosmicznych piętrach naszego wieżowca, że są zamieszkałe przez wiele świetlistych cywilizacji? Kiedy podróżuję ze swoimi klientami przez wymiary kosmiczne ich drapacza gwiazd i wznosimy się świadomością w kolejne, coraz wyższe piętra Kosmosu, jedno od razu staje się jasne – im wyższy kosmiczny krąg, tym wyżej wibrują i tym jaśniejszym światłem emanują zamieszkujący ten poziom istoty. Wiesz jak wygląda podróż przez kosmiczne kręgi? Podróżnik, czyli mój kursant, wchodzi świadomością w pierwszy krąg kosmiczny. Jest tam witany przez swojego świetlistego nauczyciela, wędrują razem do znajomych dusz, odwiedzają uniwersytet, albo w zależności od potrzeby Anioł Stróż prowadzi swojego podopiecznego do kliniki galaktycznych medyków, gdzie jest regenerowany. Jeśli mój wędrowiec chce wejść w wyższy krąg i spotkać inne istoty Światła, wznosi się aż do kolejnego przejścia w górę, wchodzi przez portal w następny poziom i spotyka nowego mentora.

Wiesz, co jest najciekawsze?

Wszyscy podróżnicy płaczą wtedy ze wzruszenia i mówią – Anioł w pierwszym kręgu był pełen miłości, ale ta świetlista istota z drugiego kręgu emanuje jeszcze większą miłością! Jeszcze mocniej ŚWIECI! Nie mogę powstrzymać wzruszenia, to jest takie wspaniałe! Czyli im wyższy wymiar, tym więcej światła mają w swojej esencji istoty świetliste. Wiesz, co implikuje fakt, że anioły z kręgu na krąg wibrują coraz wyżej? Ni mniej, ni więcej tylko to, że im bardziej są „zaawansowane”, tym mają w sobie więcej Światła. Albo odwrotnie – im mają w sobie więcej Światła, tym wyższą posiadają rangę. A więc Aniołowie mają tym więcej pasków na pagonach, im jaśniej świecą. Im wyższy rangą Anioł, tym wyżej wibruje i tym więcej ma w sobie Boskiego Światła.

Być może dla niektórych czytelników rozważania o promocji służbowej wśród anielskiej ligi wydają się ciut odjechane, ale jedno jest pewne – w każdej podróży w wyższe kręgi kosmosu pojawia się zawsze ten sam motyw. Im wyższy krąg kosmosu, im bliżej Źródła posuwamy się w swojej podróży, tym większym Światłem wibrują mieszkańcy danego kręgu. To jest ewidentnie pragnienie każdej duszy – wzrost współczynnika światła w jej osobistym polu.

Wszystkie osoby, które wchodzą świadomością w wysokie piętra swojego wieżowca płaczą ze szczęścia pod wpływem tych wysokich, anielskich wibracji. Wielu ludziom może nie mieścić się w głowie, co takiego upojnego jest w intensywnym świetle? Ale kiedy przetłumaczymy słowo Boskie Światło na ziemski dialekt, to oznacza to jedno:

MIŁOŚĆ.

Im wyższy krąg kosmosu, tym więcej odurzającej, przesłodkiej miłości płynie w naszych żyłach. Z ziemskiej perspektywy trudno pojąć natężenie tej niebiańskiej rozkoszy. To kosmiczny orgazm o sile nieznanej na Ziemi. To uczucie, od którego omdlewają nasze duchowe arterie. Jego słodyczy ledwie znosi nasze ziemskie serce. To ekstaza i rozpływanie się osobowych granic w oceanie szczęścia.

Są chwile, kiedy jestem w stanie wysłać świadomość w ten właśnie stan. Moje ramiona od środka wypełnia wtedy błogość, całe moje ciało robi się ociężałe od przyjemności. Słyszę, jak moja ziemska krew szumi, a serce przyspiesza tempo i pompuje rytmicznie, żeby nadążyć za tym kosmicznym rauszem. Naprawdę, nie dziwię się duszom, że chcą więcej i więcej tej substancji. To nie tylko przyjemność fizyczna. To mieszanka szczęścia fizycznego z absolutną radością.

Jakim w takim razie sposobem dusza może się postara o wzrost swojej świetlistości? Jak „tankuje” się Światło w kosmicznym Uniwersum? Jak wzrasta się rangą w świetlistych cywilizacjach? Co musi zrobić anioł, żeby awansować wyżej?

I tu wchodzi na scenę nasza piękna, błękitna planeta. Kiedy na spotkaniach z czytelnikami mojej książki pytam – Jak myślicie? Po co dusza schodzi na Ziemię? Otrzymuję wiele ciekawych odpowiedzi – Po naukę. Żeby przerabiać lekcje. Żeby doświadczać. Żeby nauczyć się miłości.

Oczywiście wiemy już, że to ta ostatnia odpowiedź jest najbardziej precyzyjna, choć wszystkie są prawdziwe. Dusza rzeczywiście schodzi na Ziemię po miłość. Tyle że ciut inaczej rozumianą, niż nasze ziemskie serca tego pragną. Pozyskiwanie miłości przez duszę na Ziemi to nie komedia romantyczna, ani nie pełen pięknych piosenek radosny musical. Ziemska wędrówka duszy na trzecią planetę w Układzie Słonecznym nie jest nawet pogodnym filmem familijnym.

Szaleństwo duszy polega na tym, że w pogoni za Miłością, za tym niebiańskim upojeniem, dusza zgadza się na to, że weźmie udział w horrorze, thrillerze i kryminale. I jeszcze w filmie wojennym. I w melodramacie. I w paradzie bólu. I w festiwalu najbardziej obrzydliwych blokad. We wszystkim tym naraz.

Każdy z nas zna ten film doskonale.

TO NASZE ŻYCIE.

Namiętności duszy

Tak więc dusza jest zakochana w Miłości. To jest dla niej najwyższa obfitość. Może nie pasuje to zbytnio do wyścigu szczurów na ziemskim padole, ale warto poznać dynamikę duszy, warto zrozumieć o co jej chodzi, skoro trzyma w garści wyższe piętra naszego drapacza chmur. Dobra znajomość duszy i jej pragnień jest zwyczajnie potrzebna do sprawnego zarządzania szczęściem i obfitością na niższych piętrach, czyli w codziennym życiu. Nam zwyczajnie OPŁACA się poznać jak działa dusza, żeby współdziałać ze świetlistym magnatem, który od zawsze jest właścicielem domu, który zamieszkujemy…

A magnat, czyli dusza, kocha miłość. Szaleje za miłością. Dla niej jest gotowa NA WSZYSTKO. Duszy nie wystarcza to, co już ma. Dynamika duszy jest niesamowicie progresywna! Dusza marzy o coraz większym kochaniu miłości. Chce się nią wypełnić do syta. Chce się połączyć ze Źródłem Miłości i wejść w stan absolutnego szczęścia i spełnienia.

Kiedy my jesteśmy zajęci polowaniem na dostatnie życie, nasza dusza na wyższych piętrach cały czas kombinuje w jaki sposób zbliżyć się do upragnionego stanu miłości absolutnej. Nasze wyższe piętra są non stop zainteresowane wzrostem swojego współczynnika Miłości i Światła. To jest ich cel i wielka namiętność.

NASZA namiętność na kosmicznych poziomach wieżowca.

Pytanie, jak to zrobić? Jak obrosnąć w miłość? Jak bardziej zaświecić kochaniem? Jak posunąć się naprzód w pragnieniu, które wypełnia każdą duszę?
W duchowym polowaniu na miłość nasza planeta Ziemia oferuje niesamowite tereny łowieckie. To jedno z najsłynniejszych (kto wie czy nie najsłynniejsze!) miejsc w całej galaktyce jeśli chodzi o możliwość wzrostu w miłości. Ustawiają się do niej długie kolejki dusz. Nie mogą się doczekać na szansę zejścia w materialny świat. Cierpliwie czekają na okazję, żeby złączyć się na Ziemi w fuzję z ciałem fizycznym i móc żyć i działać.
I cierpieć.

Cierpieć??!!!

Co proszę? Żyć, działać i CIERPIEĆ?

Wieczysta mądrala schodzi z nieba, żeby tutaj, na Ziemi, dostać w kość? Czy to w ogóle możliwe? To nie brzmi zbyt obiecująco! Czy analizując mechanikę obfitości, naprawdę musimy mówić o czymś tak okropnym jak ból? Czy to aby na pewno konieczne?
Niestety tak.

I zaraz wyjaśnię dlaczego.

 


Książkę można kupić w naszej księgarni internetowej www.bialywiatr.com >>>