Terapia Wielowymiarowa

 Prolog

W czerwcu 2013 roku obudził się we mnie niezwykły dar. Potrafię każdego człowieka wprowadzić w jego wyższe stany świadomości. Otwieram duchowy portal, którym można powędrować w głąb siebie, eksplorując fascynujący, wielowymiarowy, wewnętrzny świat i w końcu wejść w… zaświaty. Najpierw do piekieł, a stamtąd tęczowym mostem przejść do Raju i wśród kwitnących kwiatów położyć się wygodnie na rajskiej łące. Następnie przejść na kolejny poziom do Świata Baśni, a potem wzlecieć jeszcze wyżej, w Kosmos, gdzie na spotkanie wychodzą nam istoty Światła i gdzie można rozmawiać z Aniołami. Krok po kroku sama prowadzę ten proces i podpowiadam co zrobić, żeby otwierały się kolejne przejścia i tunele, ale to Podróznik wszystko widzi na własne oczy i we wszystkim osobiście uczestniczy.

Stop. Jeśli czytasz to wszystko i myślisz – … co to za stek bzdur! O czym ona gada? Jakie piekło, jaki raj, jakie anioły. I jeszcze w dodatku jakiś świat baśni na dokładkę. Jeden wielki nonsens…, to chcę cię zapewnić, że taka reakcja wcale mnie nie dziwi. Świetnie cię rozumiem. Mnie samej trudno to wszystko pomieścić w głowie, chociaż przemierzyłam drogę w zaświaty już kilkaset razy. To naturalne, że trudno nam uwierzyć w podróże, o jakich nie wspominano na lekcjach geografii w szkole. A jednak!

Niebo, piekło, raj czy zaświaty to nie jakieś zewnętrzne, dalekie krainy, od których dzieli nas przepaść tajemnicy śmierci. Nie ma tak zwanej „drugiej strony”. Jest jeden, wielowymiarowy świat, w jedności z nami, ZAWSZE W NAS. Dostępny, realny i namacalny. Można tam wejść, wszystko zobaczyć, ułyszeć i poczuć… dłoń Anioła w swojej dłoni, zieloną świeżość rajskich traw, słodki zapach bujnych ogrodów.

Najcudowniejszym przeżyciem w wyższych wymiarach jest spotkanie z boskim Światłem. Potężną promienistą energią, która rozświetlając nasze łańcuchy DNA, regeneruje osłabione miejsca, leczy, witalizuje i wzmacnia. Legendarna Woda Żywa, najcenniejsze lekarstwo we wszechświecie… istnieje. I działa!

A to wszystko w każdym z nas! We mnie i w tobie. Fenomenalny potencjał, nieziemska technologia medyczna, cudowny, wielowymiarowy świat, o którym mówią starożytne baśnie i wszystkie święte księgi ludzkości.

Wiem, że trudno przejść z pozycji „raczej nie istnieje” do pozycji „coś podobnego! Rzeczywiście!”… ale dobra wiadomość jest taka, że niczego nie musisz przyjmować na wiarę. Wszystkiego możesz dotknąć sam i wszystko zobaczyć na własne oczy.

Jak TAM naprawdę jest? Co mówią Aniołowie? Co się odczuwa, spotykając boskie Światło? Czy istnieją elfy? Jak brzmi zaklęcie otwierające bramy raju? No i najważniejsze pytanie: czy (i jak…) wycieczka do Nieba zmienia jakość zwykłego poniedziałku?

Odpowiedzi za chwilę. Zapnij pasy, zapraszam w fascynującą podróż po wielowymiarowym świecie, który znajduje się w każdym z nas!


Wstęp

Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi napisać książkę o zaświatach, ponieważ nigdy nie byłam osobą szczególnie zainteresowaną ani rozwojem duchowym, ani ezoteryką. Śmieszyły mnie natchnione osoby rozprawiające o duszy, za niegroźnych wariatów uważałam wszystkich, którzy twierdzili, że potrafią rozmawiać z Aniołami. Omijałam całe to towarzystwo szerokim łukiem, bo wydawało mi się nie tylko mocno afektowane, ale i szczerze mówiąc z lekka zaśniedziałe. Jak wytarta obwoluta starej księgi z przepisami…

Za to zawsze bardzo ceniłam klasyczny rozwój osobisty. Gruntowna psychoterapia jaką przeszłam po rozwodzie, opatrzyła moje pęknięte serce, podźwignęła z dymiących post-małżeńskich zgliszczy i uratowała życie. Raz w tygodniu, przez trzy lata, sumiennie odwiedzałam swoją terapeutkę i uważam, że odwaliła kawał dobrej roboty, skoro pewnego dnia przestałam obwiniać eks-męża, rodzinę, krewnych oraz mirabelkę za oknem za wszystkie życiowe niepowodzenia i potrafiłam sama sobie wytknąć kilka nieświadomych błędów.

To nie były przyjemne trzy lata.

Start w prawdziwą dorosłość, kiedy trzeba wziąć odpowiedzialność za wszystko, co się przydarza, dostrzec swój wkład w każdą trudną historię, nie jest może słodki, ale dalsza część drogi napawa optymizmem. Ten, kto bierze za siebie odpowiedzialność, automatycznie przestaje być ofiarą, a nic tak nie dodaje skrzydeł jak opuszczenie narożnika pokrzywdzonego przez los.

Terapia podarowała mi większą świadomość SIEBIE. Przestałam szukać winy w innych i doszłam do wniosku, że choć nie wszystko układa się w życiu tak, jakbym tego pragnęła, nie pozostaje mi nic innego, jak grać tymi kartami, które obecnie mam w ręku.

Rozwód i terapia były początkiem NOWEJ MNIE. Bardziej świadomej rodzinnych uwikłań, bardziej czujnej na to, co naprawdę lubię, a co nie jest moje. Rok za rokiem, z wielkim mozołem, coraz bardziej zbliżałam się do samej siebie. „Sklejałam” się ze sobą, nabierałam odwagi, podejmowałam wyzwania. Żyłam, pracowałam, zarabiałam pieniądze, wychowywałam dzieci. Tuż po czterdziestce zaczęłam realizować szalony pomysł budowy ośrodka warsztatowego pod Kazimierzem Dolnym nad Wisłą. Praca przy tworzeniu Siódmego Lasu była i radością i wielkim wyzwaniem, bo nie ma bardziej wymagającego nauczyciela, niż materia i fizyczność.

Ale udało się. Siódmy Las powstał, zaczął działać i miał na pewno duży udział w sprowadzeniu daru, o którym piszę w tej książce.

Nie wiem CO dokładnie sprowokowało, że pewnego dnia przydarzył mi się zadziwiający, mistyczny incydent. Nie ma dnia, żebym o tym nie myślała. Jednak staram się nie zatrzymywać przy tym zbyt długo, bo ważniejszą kwestią od „dlaczego?” wydaje się pytanie „co mogę dalej z tym zrobić?”…

Minęły trzy lata od otrzymania daru z nieba, zanim byłam gotowa usiąść przy komputerze i bez strachu i wątpliwości zacząć formułować zdania o Wielowymiarach. Mówić o wszystkim bez obawy, co powiedzą ludzie, jak zareagują znajomi, co pomyśli znajomy Jezuita, koleżanki z klasy albo sąsiadka spod dziewiątki.

Po trzech latach byłam gotowa.

Ta książka zabierze cię w zaświaty. Prawdziwe, najprawdziwsze, WYŻSZE WYMIARY ŚWIADOMOŚCI, które zdarza się przelotnie wizytować osobom pozostającym w komie, i do których trafiamy bardziej permanentnie, kiedy hmm…, kończy się nasz czas na planecie Ziemia.

Okazuje się, że w zaświaty można zajrzeć bez dramatycznych wydarzeń z pogranicza śmierci, bez magicznych grzybków czy bez ziół z turbodoładowaniem. Na trzeźwo, w fotelu i bez wspomagaczy.

Wieczysta świadomość, o której mówią osoby powracające z „drugiej strony”, to nieodłączny element naszego wyposażenia. Niebiański potencjał, którym cały czas dysponujemy, choć najczęściej nie potrafimy z niego właściwie korzystać. Zupełnie tak, jakbyśmy byli właścicielami ogromnej, wielopiętrowej rezydencji z basenem, pergolą i wolierą dla pawi, a z przyzwyczajenia siedzieli w małym saloniku na parterze i nigdy nie „wyściubiali” nosa ani na piętra, ani do ogrodu.

Przez spontaniczny incydent, o którym dokładniej opowiem w następnym rozdziale, okazało się, że potrafię wprowadzać ludzi w Wielowymiary. Trochę trwało, zanim zrozumiałam, dokąd idziemy i co właściwie zwiedzamy. Kolejne miesiące uzupełniały informacje na temat struktury wyższych wymiarów, przejść między nimi, ale przede wszystkim zaczął się wyłaniać ich fenomenalny potencjał. Rewelacyjne technologie medyczne dla regeneracji organizmu, terapie neutralizujące przykre wspomnienia, no i niesamowity program ewolucji świadomości. Wspaniałe spa dla duszy i ciała. Czułam się zupełnie tak, jakbym odkryła kopalnie Króla Salomona.

Jednocześnie trudno było pomieścić to wszystko w głowie. Z jednej strony namacalne, choć nie-fizyczne światy w technikolorze, w które można wejść, przemieszczać się, czuć ciepło tamtejszego słońca, woń przedziwnych kwiatów, pluskać w turkusowych strumieniach, gdzie woda jest rzeczywiście mokra, a nagrzane słońcem skały gorące.

Z drugiej… jak to możliwe, że wędruję z ludźmi po przestrzeniach, o których milczy moja kultura, i w które ja sama w związku z tym… nie wierzę? To w końcu istnieją, czy ich nie ma? A jeśli są, to dlaczego nie mówią o tym w szkole?

Nie wiem, jakie są statystyki, ale podejrzewam, że większość ludzkiej populacji powątpiewa w istnienie życia po śmierci, nie mówiąc już o zielonej trawie w niebie… a tu proszę, wszystko istnieje naprawdę, wszystko kwitnie i wszystko jest dostępne na wyciągnięcie dłoni!

Jedna część mnie pozostawała w permanentnym zadziwieniu, ale druga sumienne pracowała.

Z setek raportów, które zebrałam, wyłonił się „przekrój pionowy” wyższych wymiarów, panujące tam zwyczaje, reguły gry, po prostu uporządkowany świat. Dawniej słowo „zaświaty” kojarzyło mi się z szarością, pajęczynami i lekkim zapaszkiem stęchlizny.

W praktyce okazało się, że tylko jeden z zaświatów, ten najniższy i najbliższy naszemu fizycznemu realowi jest rzeczywiście dość ponury. Wszystkie inne zapierają dech w piersiach! Zachwycają bajecznymi krajobrazami, szemrzącymi strumieniami, kaskadami wodospadów, feerią barw, kwiatów, lasów i łąk. Majestatyczne, najwyższe światy, to piękny kosmiczny bezmiar, głęboki granat z tysiącem gwiazd i świateł.

Ponieważ wertykalny porządek wyższych wymiarów przypomina trochę tort urodzinowy – jedna warstwa na drugiej, a razem tworzą spójne, pyszne danie – zaczęłam w myślach nazywać cały ten system jednym słowem: WIELOWYMIARY.

Same wielowymiarowe podróże były oczywiście elektryzujące, ale najbardziej niezwykłe okazały się efekty tych wypraw – wspaniałe zmiany jakie następowały w codziennym życiu podróżujących. Niektórym regenerowały się narządy, siwe włosy wracały do pierwotnego koloru, cofały się dolegliwości i schorzenia, zupełnie jakby zaczerpnęli ze źródła wody żywej. Inni zaczynali lepiej radzić sobie w pracy, powracała do ich życia obfitość, a jeszcze inni wracali po prostu bardziej zintegrowani, mocniejsi, z większą ochotą na kolejne dni.

Owoce wielowymiarowych podróży dojrzewają przez jakiś czas. Nie jest tak, że z Wielowymiarów wraca się z wymienionym twardym dyskiem i od tego momentu wszystko układa się jak po maśle.

Dalej trzeba żyć, dalej się starać, wzrastać, myśleć, wybierać, kochać i być odpowiedzialnym za każdy dzień.

Ale pozostaje świadomość przynależności do wspaniałego Uniwersum, do wyższego porządku i do kochającej, duchowej społeczności. Bo wyższe wymiary SĄ zamieszkałe. Po wejściu na kolejne poziomy, poznajemy ich intrygujących mieszkańców – wychodzą nam na przeciw krasnoludki, elfy, jednorożce, a w najwyższych, kosmicznych wymiarach aniołowie, nasi świetliści przewodnicy i doradcy. No i my sami wyglądamy tam zupełnie inaczej…

Kiedy pierwszy raz weszłam do księgarni w Stanach Zjednoczonych ze zdumieniem ujrzałam cały (wielki!!) dział poświęcony literaturze o aniołach. Tak jak u nas zborny podział regałów na kryminały, literaturę polską, zagraniczną i książki kucharskie… tam patrzę, i co widzę? Jak byk napisane: „Angels”. Na półkach chmury, skrzydła, putta, olśniewający młodzieńcy, pełno gęsich piór i promieni słonecznych. Pomyśłam w duchu – Ci Amerykanie kompletnie poszaleli. O czym oni piszą w tych skrzydlatych książkach?

Minęło kilka lat i oto osoba niegdyś pukająca się palcem w czoło na widok księgarskiego działu „Angels”, sama żwawo rozprawia o aniołach…

Jak do tego doszło?

Otóż to wszystko zaczęło się w pewien świętojański poranek, bardzo nagle i bardzo dziwnie…

 

Początek

Zaczyna się

24 czerwca 2013 roku, poranek. Ośrodek warsztatowy Siódmy Las koło Kazimierza Dolnego.

Dzień 24 czerwca 2013 roku zapowiadał się w banalnie. Poniedziałek, słonecznie, w Siódmym Lesie zwykła, codzienna krzątanina. Goście schodzą na śniadanie, w kawiarni króluje aromat zbożowej kawy, z kuchni dochodzi przyjemne postukiwanie talerzy i zapach pieczonego chleba.

Ja, jako gospodarz ośrodka, witam wszystkich z szerokim uśmiechem na twarzy, choć w rzeczywistości jestem naprawdę zmęczona. Przez ostatnie cztery dni odbywała się w Siódmym Lesie konferencja prasowa. Bawiły redaktorki life-stylowych magazynów, lokalna telewizja, były wywiady, wykłady, degustacja nowej diety oczyszczającej. Do tego sesje jogi, koncert skrzypcowy i zabiegi aloesowe jako dodatkowe atrakcje. Dużo różnych starań, dużo wyzwań, ogromna mobilizacja i wysokie obroty, słowem bardzo wymagający organizacyjnie i energetycznie weekend.

Ale w świętojański poniedziałek wszystko to należało już do przeszłości. Panie dziennikarki odjechały do wielkich miast, a Siódmy Las powoli wracał do swojego leniwego rytmu. Rozpoczynał się tydzień warsztatów z tańcem intuicyjnym i mapą marzeń.

Właśnie zamierzałam powitać porannym „dzień dobry” kolejnego gościa, kiedy TO się zaczęło.

Weszła jedna z warsztatowiczek. Szczuplutka, szara, emanująca wielkim napięciem.

Po przywitaniu usiadła przy kawiarnianym stoliku, otworzyła komputer, a po chwili spojrzała na mnie gniewnie i z wielką pretensją zapytała –

Dlaczego wita mnie Pani tak zdawkowo? Nie interesuje Pani jak spałam? Dlaczego nikt nie pyta co z moim samopoczuciem?

Istnieje kilka znakomitych wybiegów dyplomatycznych, które pozwalają każdemu hotelarzowi gładko opanować podobną sytuację, ale tekst, który wypowiedziały moje usta był dla mnie całkowitym zaskoczeniem –

Nie muszę o nic pytać. Jestem medium, więc i tak wiem, jak się Pani czuje.

Wszystko potoczyło się lawinowo i … jakby jednocześnie. Wypowiadałam słowa, których mój mózg nie zaprojektował, słyszałam brednie, jakie opowiadam, pewien aspekt mnie całkowicie zbaraniał, jakaś inna część się przestraszyła, a jeszcze inna usiadła naprzeciwko szarej Pani i spokojnie dokończyła zdanie –

I myślę, że mogę Pani pomóc…

Za szybkami werandy świeciło czerwcowe słońce, zieleniły się listki ogromnego dębu, wszystko wyglądało na pozór zwyczajnie, ale dla mnie świat jakby na chwilę się zatrzymał i zastygł w bezruchu. Właśnie złożyłam nieznajomej osobie, o której niewiele wiedziałam, propozycję pomocy, o jakiej nie mam pojęcia i nie był to niestety sen, chociaż na jawę też to nie wyglądało.

Naprawdę byłaby Pani w stanie mi pomóc? – zmatowiałe oblicze Szarej Pani pojaśniało nadzieją.

Owszem – zdecydowanie oświadczyła ta część mnie, której dotychczas zupełnie nie znałam. – Spotkajmy się za dziesięć minut na górze, w gabinecie masażysty. Zobaczymy co się da zrobić.

Wyszłam z kawiarni, przysiadłam na krzesełku na tarasie, poprosiłam kelnerkę o herbatę z sokiem malinowym i przywołałam trenerki prowadzące warsztaty taneczne.

Kochane – rozpoczęłam dość spokojnie – właśnie po raz pierwszy w życiu mówiłam rzeczy, które zadziwiły mnie samą. Nie planowałam ich i nie mam pojęcia skąd się wzięły. Jeśli za chwilę się rozbiorę i zacznę wygadywać kolejne niestworzone historie, to nie ma na co czekać. Wezwijcie karetkę, proście od razu o kaftan bezpieczeństwa i przyślijcie mi do szpitala dużo książek.

Starałam się brzmieć racjonalnie i rzeczowo… i o dziwo przychodziło mi to z łatwością. Streściłam dziwne zdarzenie z kawiarni i skomentowałam własne poczynania jako niepojęte.

Miałam jeszcze kilka minut do umówionego rande-vous w pokoiku masażysty. Byłam w stanie, który wymykał się jakiejkolwiek klasyfikacji. Brałam udział w czymś, czego absolutnie nie rozumiałam. Patrzyłam z góry na filiżankę po herbacie stojącą na ażurowym, ogrodowym stoliku i starałam się zebrać myśli. Jedyne, czego byłam w tym momencie całkowicie pewna, to tego, że tej filiżanki, tych kilku minut, tego ażuru i tego stolika nie zapomnę do końca życia.

Pomyślałam, że cała sytuacja nie ma zbyt wielu rozwiązań. Mogę wejść na górę, zapukać, przeprosić za swoje słowa i bez wdawania się w szczegóły wycofać z obiecanej pomocy. Wszystko odwołać, zamknąć drzwi i zapomnieć o całej sprawie. Moje ego zniesie taki wstyd bez problemu.

Albo pójść na górę, niczego nie blokować i zobaczyć, co się wydarzy.

Poczułam też, że bez względu, co się stanie, nadszedł moment, kiedy muszę wstać i ruszyć na górę, ponieważ dziesięć minut już minęło i wybiła godzina zero.

Poprosiłam Martę Gierczyńską, trenerkę tańca, żeby po spotkaniu sprawdziła jak się czuję, a Anię Jabłonowską, psychologa i psychoterapeutę, żeby poszła na górę i została przy mnie aż do końca. Pomyślałam, że w tak przedziwnej sytuacji wsparcie może być potrzebne i mnie i Szarej Pani.

Byłam jednocześnie odświętnie poruszona, ale i spokojna. Niepewna, ale i dziwnie zdeterminowana.

Po latach jedyne określenie jakie przychodzi mi na myśl to – ODWAŻYŁAM SIĘ NIE PRZESZKADZAĆ.

 

W pokoju na górze

Kiedy weszłam do pokoju, nic się nie zmieniło, a mój odmienny stan trwał nadal. Nadal nie miałam pojęcia co się dzieje, ale jednocześnie wszystko wiedziałam, wszystkiego byłam pewna, wszystko było jasne. Wiedziałam co mam mówić i co robić. Działałam w jakimś nieznanym mi wewnętrznym programie, świetnie opanowanym i jakiejś części mnie doskonale znajomym. Fakt, że przeżywam coś jakby świadome rozszczepienie siebie oszałamiał mnie i w jakimś sensie znieczulał, ogłuszał. Jednocześnie z chrurgiczną precyzją wprowadziłam Szarą Panią w podróż po jej wewnętrznych światach.

Nie wiedziałam dokąd idziemy, co z tego wyniknie i jaki jest cel tych działań.

Szczegóły techniczne po prostu spłynęły jak natchnienie. Byłam jednocześnie obecna i bezwolna. Sprawnie współpracująca z wiedzą i doświadczeniem, których nikt mi nie przekazał, a jednak były mi dostępne.

Szara Pani pod moje dyktando skoncentrowała uwagę na oddechu, po czym zeszła świadomością w okolice serca. Stamtąd zwinęła po kolei wszystkie czarne wstążeczki rozlanego po jej wnętrzu niepokoju w jedną kamienną geodę, weszła w nią, i stamtąd poszybowała w nieznane krainy. Mijała kamienne groty, ostre kryształy, wyboiste drogi i groźnego wilkołaka. Mimo paraliżującego lęku, potrafiła wszystko, co się pojawiało, traktować z wielką miłością i czułością. Była bardzo dzielna i zdeterminowana. Czułam do niej wielki podziw i solidarność w tej trudnej podróży. Cała moja uwaga była skupiona na najdrobniejszych szczegółach jakie raportowała. Zaawansowana w tej metodzie część mnie bezbłędnie wskazywała którędy warto podążać, czego dotknąć, na co zwrócić uwagę, kiedy odpocząć, a kiedy iść dalej.

Obie przemierzałyśmy nieziemskie krajobrazy, Szara Pani w technikolorze, ja, w jakimś niepojętym mentalnym synchronie, otwarta do granic możliwości na jej kalejdoskop obrazów, falowanie energii, informacji, wrażeń i emocji. Wszystkiemu towarzyszła oczywista dynamika i jedno prawo: PRAWO MIŁOŚCI. Wszędzie, zawsze, na każdym kroku – każdy kamień należało pogłaskać, każdą ciemność pokochać, każde okropieństwo przytulić. Pod wpływem miłości wszystko ulegało przemianie, miękło, rozjaśniało się, przestawało straszyć i boleć.

Nigdy wcześniej nie brałam udziału w medytacjach. Nigdy nie robiłam żadnych ćwiczeń oddechowych. Nie miałam kontaktu z technikami wizualizacji. Owszem, zbudowałam ośrodek wypoczynkowy i rozwijałam firmę zajmującą się sprzedażą warsztatów rozwoju osobistego, ale sama nigdy nie byłam ani praktykującym trenerem, ani tym bardziej duchowym przewodnikiem.

Kilka miesięcy wcześniej, z myślą o prowadzeniu warsztatów, rozpoczęłam w Niemczech szkolenie z duchowości św. Hildegardy z Bingen. Jednak nie robiliśmy tam żadnych sesji praktycznych. Po prostu studiowaliśmy podstawy hildegardiańskiej wiedzy i mądrości.

Skąd w takim razie wiedziałam jak poprowadzić dwugodzinną sesję duchowej podróży z mocno poturbowaną emocjonalnie osobą?

Szarą Panią od wielu lat trawił wewnętrzny niepokój i roznosił ją do granic wytrzymałości. Zażywała mocne leki, a jej agresywne zaczepki były wentylowaniem piekła, którego nie miała już siły znosić.

Po dwóch godzinach pracy, zapłakana zwinęła się w kłębek i szepnęła:

Czuję spokój… po raz pierwszy, odkąd pamiętam.

Wycofałyśmy się z Anią na korytarz, delikatnie zamykając drzwi.

Co to było? – zapytała Ania tuż za progiem. – Ja też chcę tak umieć! Co to za metoda?

Ania jest certyfikowanym psychologiem i coachem. Dlatego uznałam, że to dobry pomysł, żeby mi towarzyszyła.

Niestety nie znałam odpowiedzi na żadne z jej pytań, ale zgodziłam się, że sam proces był zjawiskowy.

Zeszłyśmy do kawiarni na zasłużoną herbatę i popijając, próbowałyśmy wyjaśnić, co właściwie się wydarzyło.

Nasza podopieczna zeszła po dwudziestu minutach, minęła nas bez słowa, wyszła z kawiarni i pomaszerowała przed siebie.

Po godzinie zaczęłam odczuwać niepokój. Po kolejnej, chciałam biec w pola i dyskretnie jej szukać. W trzeciej godzinie byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów, czekaniem i wypatrywaniem. Wyobrażałam sobie najgorsze rzeczy. Ledwie znosiłam napięcie w ciele. Czułam się zdenerwowana do granic możliwości.

W końcu wróciła.

Wiem, że długo mnie nie było. Ale chciałam zobaczyć jak wygląda świat, kiedy czuję spokój. Jak wygląda trawa, łąka i drzewa, kiedy nie roznosi mnie od środka.

Poczułam jednocześnie ulgę i niesamowite wzruszenie. Poczułam w piersiach rozległość i bezmiar, która ją obejmowała. Z całą wolnością i nową jakością o jakiej mówiła. Zieloność traw, poszczególność kwiatów, chropowatość konarów drzew, czerwcową kokieteryjność liści. Czułam jej oswobodzenie i było to wspaniałe uczucie.

Po południu wyjechałam z Siódmego Lasu w kierunku Warszawy. Skoncentrowałam się na prowadzeniu samochodu, a powrót do racjonalności dobrze mi robił.

Następnego dnia zadzwoniła Ania –

– Powinnać o czymś wiedzieć. W nocy, około trzeciej nad ranem Szarą Panią obudziło słońce w piersiach. Rozlało się w niej i grzało. Rano weszła do kawiarni dosłownie rozświetlona od środka. Wszyscy to zauważyli.

 

W szoku

Kiedy człowieka spotyka coś bardzo dziwnego, naturalną reakcją jest zdumienie, a po chwili chęć zrozumienia. Kiedy wydarzenia przekraczają naszą psychiczną wytrzymałość, usuwamy wszystko w niepamięć, ratując się przed zbyt dużą traumą.

Jak się okazuje, możliwy jest też stan pośredni – nic nie da się zrozumieć, pamięć nadal działa, a człowiek przechodzi w tryb spontanicznego funkcjonowania, który z umysłem ma niewiele wspólnego.

To poczucie zawieszenia, bez zadawania pytań (po co pytać, skoro wiadomo, że odpowiedzi brak…), bez racjonalizowania (jest jasne, że to strata czasu), nawet bez prób ogarnięcia całej sprawy (bo niby od czego zacząć?) utrzymywało się przez kolejne dni, tygodnie i miesiące.

Nie pochodzę z rodziny, która może się poszczycić duchowymi talentami czy tradycjami. Nikt nie był jasnowidzem, nikt nie czytał z kart, w domu w ogóle nie było mowy o nadprzyrodzonych zjawiskach. Sensacją na wiele lat stał się pewien sen mojej mamy, która ujrzała dwa bociany, akurat w przeddzień informacji, że zostanie babcią. Rzeczywiście, liczba wnucząt okazała się trafna…

Tak więc po pierwszym szoku wywołanym faktem, że mogę uczestniczyć w wydarzeniach z innego rozdania niż umysł, przeszłam w stan permanentnego zdziwienia, który przemodelował znakomitą część mojej osobowości. Z racjonalnej, dość zachowawczej i linearnie myślącej osoby, rozproszyłam się w działania spontaniczne i intuicyjne. Na powrót do starej siebie nie było szans. Czułam, że nastąpiło trzęsienie ziemi, które zmiotło dobrze mi znany stały ląd. Dom starej mnie, do którego zawsze zaglądałam, szukając odpowiedzi, przestał istnieć. Pozostało dryfowanie oraz poddawanie się falom i prądom NOWEGO morza. I czekanie, co z tego wyniknie. Miałam cichą nadzieję, że z czasem dogonię myślą zdarzenia, w których biorę udział.

Tak wyglądałam w środku… bo na zewnątrz nic się nie zmieniło. Firma nadal potrzebowała mojego zaanagażowania, dzieci stabilnej mamy, a rachunki przepływu gotówki.

W dwa tygodnie po czerwcowych rewelacjach z Szarą Panią, miałam zaplanowane pierwsze warsztaty z duchowości hildegardiańskiej. Byłam w trakcie rocznego szkolenia w Międzynarodowym Towarzystwie św. Hildegardy z Bingen w Niemczech i czułam się gotowa do poprowadzenia postów orkiszowych z podstawami filozofii hildegardiańskiej.

Jako nauczyciel, rozpoczęłam warsztaty dobrze przygotowana merytorycznie, ale z wielkim znakiem zapytania w środku, czy oprócz tego, co mam do zaproponowania „intelektualnie”, znowu będzie miało miejsce jakieś nieziemskie zjawisko?

Na pierwszy rzut oka nic mega-spektakularnego się nie działo (nie wiem zresztą, co mogłoby przelicytować świętojańskie wydarzenia…). Warsztaty były udane, a moja wiedza z duchowości hildegardiańskiej dawała mi stabilne poczucie pewności siebie. Warsztatowicze świetnie pracowali, atmosfera była miła, a ja skupiona i bardzo oddana tej pracy.

Bazowałam na niemieckich wydaniach książek mojej mentorki z Bingen, pani Hildegard Strickerschmidt. Jej wybór tematów do medytacji, rozważania poszczególnych fraz i zapisów św. Hildegardy były bardzo inspirujące, a materiał wydawał się wspaniałą osnową do zajęć.

Ale działo się coś jeszcze. Dyskretne, już bez świętojańskiego przytupu, ale ewidentne prowadzenie „z góry”. Przychodziły mi do głowy, nie wiadomo skąd, kolejne techniki medytacyjne. Właściwie każda fraza Hildegardy, każde rozważanie pani Strickerschmidt otwierały nowe możliwości wewnętrznej pracy.

Tego lata poprowadziłam jeszcze kilka turnusów warsztatowych w Siódmym Lesie.

Szybko stały się dla mnie jasne paralele między wiedzą Hildegardy o duszy, a tym, co wydarzyło się w trakcie mojej spontanicznej medytacji z Szarą Panią w dniu św. Jana.

Hildegarda opisując proces zasmucenia duszy, wspomina o mgle, którą dusza wyzwala na skutek utraty równowagi. Hildegarda lokalizowała mieszkanie duszy w okolicach serca. I tam też tworzy się mgła, kiedy występujemy przeciwko pragnieniom duszy.

Podczas swojej wędrówki Szara Pani weszła w coś na kształt mgły, która przerzedziła się i w końcu rozproszyła, kiedy okazała jej dużo czułości, głaskając delikatnie dłońmi i całując.

Całowanie i głaskanie mgły? Hm, to właśnie miało miejsce.

Poczułam, że znalazłam trop. Najwyraźniej świadome nałożenie plastra miłości na obolałe, „zamglone” miejsce, neutralizuje stres duszy i przywraca harmonię. To miało sens. I wyjaśniało, dlaczego dwugodzinne traktowanie z miłością napotykanych przejawów przeżytych traum – ostrych kamieni, groźnego wilkołaka, wreszcie szarej mgły – dosłownie odciążyło duszę Szarej Pani z wieloletnich smutków. Dusza powróciła do równowagi, a niepokój się ulotnił.

Poczułam ulgę, że mój rozum nie obraził się chwilowym pominięciem, nadal działa i dodaje dwa do dwóch.

Uważałam się przez całe życie za osobę nad wyraz racjonalną. Wydarzenia z 24 czerwca kompletnie zbiły mnie z pantałyku i rozmontowały. Stąd wszelkie odruchy umysłu – kojarzenie faktów czy śledzenie związków przyczynowo-skutkowych przywracały mi równowagę i poczucie pionu. Niczego bardziej nie pragnęłam, jak objęcia rozumem tego, co się stało.

Dobrze, że nie zdawałam sobie sprawy, że minie wiele miesięcy, zanim okrzepnę i przestanę sią czuć uroczyście rozgotowana w środku, co nie było ani miłe, ani przyjemne.

Szkoda, że nie rozumiałam, że jestem w procesie fundamentalnej przemiany… ba! nawet trafniej należałoby powiedzieć wręcz „duchowej mutacji”. Nie było dla mnie innego wyjścia, jak przekroczenie granicy dotychczasowego pojmowania, zrobienie kroku „poza granice” mojej kartezjańskiej głowy i przyjęcie zupełnie nowego paradygmatu myślenia.

 

Między nami, Kartezjańczykami

 My, Kartezjańczycy

Każda kultura wypracowuje własne normy myślenia i postępowania – To jest w porządku, a tamto be… i tego podziału, proszę Państwa, lepiej wszyscy się trzymajmy, wtedy wspólna żegluga będzie przyjemna i bezpieczna.

Od połowy XVII wieku, od śmierci francuskiego matematyka, filozofa i naukowca, Renata Kartezjusza, nasze zachodnioeuropejskie myślenie organizuje tzw. paradygmat kartezjański. Żyjemy pod parasolem słynnego kartezjańskiego stwierdzenia – tylko nauka jest w stanie dać ostateczną odpowiedź i pewność.

Co oznacza: mogę uwierzyć tylko w to, co udowodnią naukowcy. Bezpiecznie jest przyjąć to, co dali radę sprawdzić, policzyć i sklasyfikować. Wszystko, czego nie można przeanalizować i określić… nie istnieje.

Wiedza naukowa jest przekazywana w szkołach i na uniwersytetach. Dostajemy stosowne papiery na to, że przez tyle a tyle lat zgłębialiśmy osiągnięcia nauki i że wiemy, co i jak mamy myśleć.

Jesteśmy dumni z osiągnięć kartezjańskiej cywilizacji. To Kartezjańczyk wszedł do laboratorium, wynalazł szczepionki i penicylinę. Zbudował rakietę i poleciał na księżyc. Wynalazł radio, telewizor i komputer. Stworzył wspaniałą cywilizację pełną techniki, kabli, laboratoriów i specjalistów.

A jeszcze przed epoką Oświecenia opłynął świat, podbił obie Ameryki, zatrzymał Słońce i rozkochał się w możliwościach swojego rozumu, czego ukoronowaniem były kolejne stulecia pełne odkryć astronomicznych, matematycznych, fizycznych i medycznych.

Jest się z czego cieszyć.

Tak, Kartezjańczyk to bardzo dzielny i pomysłowy miłośnik nauki. Wierzy w naukę, a nauka wierzy w niego.

Jestem dumna z osiągnięć mojej cywilizacji. Uwielbiam kino, telefon i internet. Ale dla mnie kartezjańska kultura okazała się również bolesną pułapką.

Sęk w tym, że siedząc w laboratoriach i konstruując maszyny, Kartezjańczyk zapomniał, czego nie widać pod mikroskopem. Inwestując uwagę w Widzialne, zepchnął Niewidzialne na margines.

Trudno obejrzeć pod mikroskopem duszę, bo jej nie widać. Nie można jej zważyć, bo nie jest materią. Z tego samego powodu nie sposób określić jej naturalnego przyrostu czy ewolucji. Skoro nie można poważnie i naukowo się nią zająć, oznacza to tylko jedno – duszy po prostu nie ma.

Klepnięty przez naukowców kartezjański wzorzec myślenia o człowieku i świecie, umocnił w nas to, do czego i tak mamy wielki talent: do określania siebie przede wszystkim w dialogu z materią.

Bo skoro nie istnieje nic więcej poza materią, to czym mamy się zajmować jak nie materią? Czemu poświęcać czas i życie? Jak mamy się określać, jak nie na tle materii? Za czym gonić, jak nie za materią i czego pragnąć, jak nie pieniędzy, za które materię można kupić?

Jeśli istnieje tylko materia, to wartość człowieka można ocenić jedynie jego zdolnością ujarzmiania materii. Jak ktoś radzi sobie z zarabianiem pieniędzy? Ile ma domów? Jakie samochody? Gdzie jeździ na wakacje? Po jego bogactwie od razu widać, czy jest mądry, czy głupi. Bo jeśli jest mądry to jego IQ i czas życia przełożą się na sztaby złota. Wszyscy będą mu zazdrościć: to prawdziwa elita ludzkości! Zapanował nad materią!

A jeśli ktoś jest głupi, i nie umie ujeżdżać materii, to sio! Niech na tym rodeo nie pcha się do loży VIP-ów. Nikt go nie będzie podziwiać, nikt mu nie będzie zazdrościć. Niech lepiej cicho siedzi i potulnie ściboli jakiś mało znaczący fragment mrowiska. Gdzie mu tam do wielkich wojowników materii?! To parias i nieudacznik.

Czy nie tak ustalamy wartość ludzi i ich ważność na planecie Ziemia?

Szczęście często identyfikujemy z pulchnością konta. Ba! Nawet miłość chętniej rozkwita w pobliżu grubego portfela. Miejsce w społeczeństwie wyznacza zdobycie domu, samochodu i biletów pod palmy. To oczywiste, że bez jedzenia i dachu nad głową człowiek nie przeżyje, ale to, do jakiego stopnia zakochaliśmy się w materii jest doprawdy fascynujące!

Ile dziurek w bucie powinien mieć prawdziwy gentleman? Ile włosów i gdzie musi dodać lub odjąć prawdziwa dama? Jaką powinna kupić torebkę, buty, zegarek, samochód… Wszystko ma swoją symbolikę. Wygląd wiecznego pióra mówi bardzo wiele – to osobnik alfa, umie polować, doskonale wie, jak przechytrzyć wroga. Albo odwrotnie – to omega, ofiara i nieudacznik, potknie się, uciekając przed problemami i jeszcze ciebie podetnie.

To zrozumiałe, że społeczeństwo, żeby funkcjonować i iść do przodu, musi się w sensowny sposób umówić, jak odróżnić produktywnych członków od darmozjadów. My umówiliśmy się, że skoro to materia jest najważniejsza, papierkiem lakmusowym sensu istnienia jednostki będzie przede wszystkim jej zdolność akumulowania pieniędzy.

Władcy portfela rządzą.

A wyższe wymiary?

Jakie wyższe wymiary? Czy istnieje jakaś mapa tego rejonu? Albo winda z guziczkiem „Do Nieba”? Nie ma? No właśnie! W takim razie szkoda tracić na to czas! Nie bądźmy śmieszni! Gdyby niebo istniało, od dawna zostałoby potwierdzone przez naukowców.

Paradygmat kartezjański ugruntował również moje normy myślenia – szanowałam tylko to, co szanuje nauka. Łatwo przychodziła mi wiara tylko w to, w co wierzy nauka. Pozwalałam sobie myśleć tylko tak, jak kazała mi myśleć nauka.

Wyobraźce sobie Kartezjańczyka, któremu nagle przydarza się coś, o czym nauka mówi: hola, hola, nie tak prędko, tego wszystkiego przecież nie ma!

No jak to? To co się dzieje? Czy to ja zwariowałam, czy moja kultura jest jakaś wybrakowana? Czy to możliwe, żeby wspaniała zachodnioeuropejska cywilizacja coś przeoczyła?

I co z tym fantem począć? Przecież Kartezjańczyk to nie jakiś bęcwał, który nie dodaje dwa do dwóch. To wykształcony i bystry mądrala, dzielny zdobywca, cierpliwy badacz. Jest otwarty i kreatywny. Czy ma jakieś ograniczenia? Ależ skąd! Jakie ograniczenia? Kartezjańczyk nie ma ograniczeń! Kartezjańczyk to przecież ja…

 

Moja kartezjańska głowa

Mam tytuł magistra, z sukcesem ukończone studia podyplomowe na jednym z londyńskich uniwersytetów, szereg innych certyfikatów i uprawnień, słowem jestem osobą, która chętnie myślała o sobie jako o człowieku inteligentnym i wykształconym. Świetnie przygotowanym na życiowe wyzwania i gotowym do pokonania ich tanecznym krokiem…

Niestety, kiedy pod koniec 2013 roku mój osobisty remanent wykazał znaczącą nowość, czyli mistyczny dar, który spadł sobie z nienancka z nieba, okazało się, że moje uniwersyteckie wyksztalcenie jest po prostu bezużyteczne.

Na pytania: co się stało? Po co? dlaczego ja? – odpowiedzi nie było.

Czy nie po to człowiek siedzi w szkolnej ławie, żeby znać odpowiedzi na pytania, które niesie nurt życia? A tu proszę: dzieje się coś, co zwala mnie z nóg, a wytłumaczenia brak.

Czułam sie zdezorientowna i wystraszona. Jedynym organem, który radził sobie jako tako z zaistniałą sytaucją, było moje serce. Pracowało z warsztatowiczami, otwierało portale, nie marnowało czasu na głupie pytania, robiło swoje.

Ale głowa… no cóż, szamotała się jak motyl po szybie okna. Powoli zaczęło do mnie docierać, że przez większy kawał swojego życia nie rozumiałam pojęcia „paradygmat kartezjański”. W ogóle mnie to nie interesowało. Byłam perfekcyjnym, mainstreemowym Kartezjańczykiem, który nie musi rozumieć jak działa, nie zdaje sobie sprawy ze swoich ograniczeń, wystarczy mu, że jest.

Kpiłam z podziału społecznego na klasy (czyli według zdobytej materii), ale sama za tą materią goniłam, napędzała mnie przez wiele lat, ogrzewała moje myśli i marzenia.

Jestem Polką, mieszkanką bardzo katolickiego kraju, ukończyłam Katolicki Uniwersytet, doszłam dwa razy piechotą na Jasną Górę (330 km za każdym razem), mam ulubiony kościół na niedzielne kazania, ale moja świadomość smacznie spała pod kartezjańską pierzyną. Jak już wspominałam, wszelkie rozmowy o duszy i aniołach uważałam za ekstrawagancję, a ludzi zajętych niebiańskimi i anielskimi tematami za dziwolągów.

Bałam się śmierci jako dziecko i jako dorosła. Moja myśl i moje odczuwanie, nie szybowały poza materię. Skoro istnieje tylko materia, to i ja jestem tylko materią. Wszystkie starania życia, miłość, uczucia albo tęsknoty tego świata kończyły się na płycie nagrobnej. To mnie przygnębiało i osłabiało. Nauczyłam się to przed sobą ukrywać i nawet o tym nie wiedziałam. Byłam bardzo typowym Kartezjańczykiem, który swoje pragnienia ma kulturowo wtłoczone w foremkę materii i nawet o tym nie wie.

Myślę, że to dość typowa sytuacja w głowie człowieka kultury Zachodnioeuropejskiej – Europejczyka, Amerykanina, czy Australijczyka. Wszyscy czerpiemy ze wspaniałych zdobyczy epoki Oświecenia – rozkwitu nauki i rozumu. Za nic nie zamieniłabym się na życie w epoce sprzed penicyliny, ale ta parada naukowości ma swoją cenę – kiedy otwarły się przede mną wyższe stany świadomości, poczułam się dosłownie jak walnięta obuchem w głowę.

Nic się nie zgadzało.

Oto przydarza mi się coś, co przecież nie ma prawa się przydarzyć. Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki okazuje się, że potrafię rzeczy, których sie nie uczyłam. Czy to możliwe? Bez świadectwa, profesorów i egzaminów. Wstyd. Jakieś to wszystko wybrakowane i niepewne…

Dosłownie zostałam porwana przez sprawy, w które trudno uwierzyć, mimo, że jestem pewna, że mają miejsce. W końcu to nie jest kolonijna opowieść z gatunku – „… słyszałam, że pewna znajoma mojej znajomej nagle zaczęła przeprowadzać ludzi do raju po tęczowo skrzącym, kryształowym moście”…

Tym razem ta znajoma znajomej TO JA!! Choć wszystko jest równie nierealne, jak w zmyślonej bajdzie. A w dodatku czuję się jak opakowana kokonem z waty – coś tam słychać i widać, ale wszystko zupełnie inaczej niż normalnie.

Przeraziła mnie myśl, że skoro ja sama mam taki problem, żeby uwierzyć w to, co się dzieje, to co z tym wszystkim pocznie moja mama? A moje dzieci? No tak, co powiedzą moje dzieci??!! A ciocia Zosia i ciocia Kasia? A zaprzyjaźnione mamy w szkole moich pociech? I członkinie mojego biznes klubu?? Ratunku, dramat!! Mam się od tej pory ukrywać z tym co wiem i co robię? Czy odważnie o tym mówić?

I co powiem mojemu eks-mężowi, którego nazwisko ciągle noszę? To racjonalista, biznesmen, logicznie rozumujący pragmatyk…

Po kilku miesiącach chwyciłam za słuchawkę telefonu, odetchnęłam głęboko kilka razy, wystukałam numer eks-męża i wygłosiłam porządnie przygotowane streszczenie o dziwnościach, w których epicentrum się znalazłam. Że jest niebo, aniołowie, że portale, tunele, Światło, że ja prowadzę w te zaświaty, i że jego nazwisko…

Zapadła dłuższa chwila milczenia, a potem padł z jego strony komentarz, który całkowicie mnie zaskoczył –

No tak, to bardzo dziwne, przyznaję. Ale gdyby to wszystko nie było prawdą, to nic tu na Ziemi nie miałoby sensu. Rób swoje.  

Reakcja byłego męża zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Powiało całkiem nową perspektywą, która miała w sobie świeżość cudzej myśli i jednocześnie moc prostowania mojego galimatiasu w głowie.

 

 Kartezjańskie tango, czyli jestem za, a nawet przeciw

Oczywiście znaki zapytania nieustannie nurtowały mój umysł, jednak mimo tajfunu na poziomie mózgu, dzielnie prowadziłam i rozwijałam warsztaty, których kwatera główna wydawała się znajdować w okolicach serca. W tym, co działo się podczas warsztatów, głowa nie odgrywała znaczącej roli. Mogła spokojnie pławić się w wykrzyknikach i zdumieniu. Każda kolejna medytacja wnosiła poznawczo wiele nowego o możliwościach wyższych wymiarów.

Część mnie doskonale czuła, że biorę udział w czymś wspaniałym. Feedback od warsztatowiczów był olśniewający – rewelacyjne efekty, szybkie zmiany, autoregeneracja, nadzieja, radość, nowa praca, zgoda w związku. Słowem nieziemska (hmmm, to by się zgadzało…) technologia i jej fenomenalne działanie w różnych obszarach codzienności. Metoda trochę z gatunku „stoliczku nakryj się”. Zorientowałam się, że w wyższych stanach świadomości można odszukać każdy blok utrudniający satysfakcjonujące życie. Nie umiesz zarobić pieniędzy? Proszę bardzo. Wchodzimy w wyższe wymiary, odszukujemy zaciemnienie w danym temacie, rozświetlamy i voila! Obfitośc odkorkowuje się w ciągu kilku dni. Problemy z mężem? Nie ma sprawy. Jedna konferencja na poziomie dusz i wszystko układa się dużo lepiej. Początek anginy? Stajemy w boskim Świetle, promienista energia rozświetla każdą komórkę, następnego dnia trzeba trochę poleżeć, dojść do siebie, ale po anginie nie ma śladu.

Głowa nie mogła tego wszystkiego pomieścić.

Wierzgała, wątpiła, podważała, a rankami zwykle się awanturowała (po wstaniu mam zawsze gorszy humor niż wieczorem). Absolutnie nie życzyła sobie niczego, o czym nie było mowy na lekcjach matematyki i biologii w szkole. Wstydziła się za siebie i za serce z powodu gorszącej komitywy serca z intruzem. Uważała to za mezalians i hańbę w rodzinie. Donośnym głosem domagała się powrotu na dawne tory i poniechania kłopotliwego towarzystwa. Oświadczała, że nie życzy sobie żadnych niespodziewanych darów – nikt ich tu nie zapraszał, niech sobie idą do sąsiada.

Zorientowałam się, że obie półkule mojego mózgu toczą ze sobą żarliwą sprzeczkę i ścierają się jak w argentyńskim tango.

Lewa przepychając się do przodu, wyniośle i z góry spogląda na prawą, i z zaciśniętymi ustami szydziła – Cóż ta Prawa wyprawia!!! W głowie się nie mieści! Kto to widział! Bezwstydnica jedna! Niedouczona i bezmyślna. W czym ona bierze udział? Co ludzie powiedzą?

Z kolei prawa półkula, rozchichotana i w swoim żywiole, podkpiwała sobie z ciasnej garsonki Lewej i kompletnie nie dbała o pozory. Zakochana (z wzajemnością) w Stanie Flow, dokazywała, fruwała i śmiało ripostowała – Jakaż ta Lewa nudna, żółta i skwaśniała, hihi, po prostu śmieszna w tej swojej sztywności, nadęta kretynka i tyle, haha, ale fajnie, że jestem dokładnie taka jaka jestem! Ciekawe, co jeszcze wymyślę?

Tym przepychankom o nowe przestrzenie w myśleniu, o nowe ubranko paradymatowe i bezpieczny grunt „pod stopami” towarzyszył neon pulsujący na czerwono:

DLACZEGO JA?

Dlaczego właśnie mnie się to przydarzyło?? Co takiego zrobiłam??

 

Dlaczego ja?

Pewna niewinna decyzja...

Decyzja o wyjeździe do Niemiec na szkolenie z duchowości św. Hildegardy zapadła dość spontanicznie. Pod koniec 2012 roku, czyli mniej więcej po półtora roku rozwijania biznesu stało się dla mnie jasne, że Siódmy Las potrzebuje wyróżnika, czegoś specjalnego, jakiejś flagowej diety, wyjątkowego produktu. Produktu – powodu, dla którego goście zechcą spędzić tydzień lub dłużej pośrodku przepięknych wprawdzie, ale dość dzikich pól…

Mówię po niemiecku, a dieta orkiszowa zyskiwała w Polsce coraz większą popularność, więc wyjazd na szkolenie z Hildegardy wydawał się dobrym posunięciem. Znajoma przysłała mi ciekawy, roczny program organizowany przez Międzynarodowe Towarzystwo św. Hildegardy w Bingen.

Internationale Gesellschaft Hildegard von Bingen w Niemczech organizuje przeróżne szkolenia dla osób zainteresowanych osobą i dziełem Hildegardy. Są seminaria z ziołolecznictwa, wykłady dla lekarzy, zaś z początkiem 2013 roku ruszał roczny kurs z duchowości św. Hildegardy, prowadzony przez znakomitą Hildegard Strickerschmidt, wieloletnią przewodniczącą tej szacownej organizacji, świetną znawczynię hildegardiańskiej duchowości.

Uznałam, że to dobry kierunek.

Zadzwoniłam do Niemiec, ale niestety na zbliżającą się edycję nie było już miejsc. Tak czy owak zostawiłam żarliwe zapewnienie, że jestem w 100% gotowa stawić się na każde wezwanie, jeśli tylko ktoś z zapisanych kandydatów zrezygnuje. I rzeczywiście! Po kilku tygodniach odebrałam wiadomość, że znalazło się dla mnie wolne miejsce.

Szkolenie zostało zaplanowane wyjątkowo nie w Bingen, ale na południu Niemiec, ze względu na prośby uczestniczek ze Szwajcarii i Austrii. Było mi wszystko jedno. Hildegarda to Hildegarda.

W lutym 2013 roku poleciałam do Monachium, a stamtąd wynajętym samochodem ruszyłam w Alpy.

 

W Alpach

Sama wyprawa była dla mnie nielichym wyzwaniem. Pomijając książki, odświeżenie języka niemieckiego, otwarcie głowy na nowe wiadomości, po wielu latach w domu i na budowie, zebranie się do podróży, zamówienie biletów, hotelu, samochodu, wytyczenie trasy, wszystko wydawało się trudne i nazbyt skomplikowane. Miałam ochotę zrezygnować.

Kiedy w końcu postawiłam walizkę w hotelowym pokoju i wyjrzałam przez okno, nie mogłam uwierzyć, że tu dotarłam. Majestat alpejskich gór był wspaniały. Wyglądałam przez okno w najwyżej położonej wiosce w niemieckim Tyrolu – malowniczym Balderschwang. Jakaś dziewczyna z warkoczami goniła za niesforną kurą, która przeskoczyła siatkę kurnika i dumnie przechadzała się na hotelowym podjeździe. Wszystko pachniało krowami, wszędzie leżał śnieg, świeciło słońce… poczułam się cudownie. Byłam gotowa na nowe wyzwania.

W rodzinnym hotelu wszyscy czuliśmy się doskonale. Tradycyjne posiłki wzbogacono o typowo hildegardiańskie „smaczki”: habermus z płatków orkiszowych na śniadanie, konfitura z pigwy, marmolada z owoców dzikiej róży, codziennie świeży orkiszowy chleb, pieczony dla gości przez gospodarza.

Samo szkolenie było wymagające i żmudne. Osiem godzin dziennie w obcym języku, tematyka dość trudna, za to wspaniały nauczyciel, pani Hildegard Strickerschmidt i bardzo ciekawe grono studentek.

Każda ze swoją historią i swoim celem. Kilka zielarek, dwie lekarki, osoba badająca pismo Hildegardy, o którym niewiele wiadomo, a którego znaczenie i przekaz dziś jest tajemnicą (są prowadzone badania, w jaki sposób symbole tego pisma oddziaływują na organizm ludzki). Kilka naturoterapuetek, psychoterapeutek, Austriaczka zajmująca się pielęgnacją ciała i twarzy naturalnymi kosmetykami św. Hildegardy. I ja … zainteresowana postami orkiszowymi i terapiami duchowymi.

W czasie seminariów poznawałyśmy pryncypia duchowości św. Hildegardy, omawiałyśmy jej życiorys, niezwykłe losy, zwątpienia, trudy i sukcesy. Szczegółowo studiowałyśmy jej wizje. Pani Strickerschmidt całe życie dedykowała studiowaniu i propagowaniu wiedzy o Hildegardzie z Bingen.

W szkolenie wkładała całe serce. Mówiła nie tylko słowami, ale całą sobą. Dzięki jej zaangażowaniu i sugestywnym wykładom, dałam radę chłonąć ogromny i wszechstronny system duchowości hildegardiańskiej w bądź, co bądź, obcym języku. To nigdy nie jest łatwe.

Za oknami widać było alpejskie zbocza pokryte śniegiem i oblane ciemną zielenią iglastych drzew. Prawie zawsze świeciło słońce.

Byłam bardzo szczęśliwa, że tu dotarłam, że się nie poddałam. Siedziałam wśród wspaniałych kobiet, słuchałam niesamowitego nauczyciela, chodziłam rankami i wieczorami na długie spacery. Zima w Alpach jest cudowna.

Wyjechałam z walizkami pełnymi książek Hildegardy i o Hildegardzie, z głową napakowaną nową wiedzą, ze słowami pani Strickerschmidt dźwięczącymi w moich uszach – są w nas różne wymiary, i materia, i dusza, i kosmos i boskie Światło…

Wprawdzie nie docierało do mnie, że tak naprawdę nie rozumiem tych słów, ale świat i tak wydawał się piękny, interesujący i pełen nowych możliwości.

Kolejny zjazd zaliczyłam eksternistycznie, ponieważ pokrywał się z czerwcową datą konferencji prasowej w Siódmym Lesie i z żalem, ale jednak wybrałam obowiązki zawodowe. Zostałam w Polsce, w Siódmym Lesie, a w poniedziałek 24 czerwca, dzień po konferencji, weszłam o poranku do siódmolasowej kawiarni, aby powitać gości…

 

Ale fajnie, chyba nie zwariowałam

Po świętojańskich rewelacjach nie mogłam się doczekać kolejnego seminarium w Niemczech.

W przepiękny, wrześniowy dzień stawiłam się w Alpach przed panią Strickerschmidt i zrelacjonowałam jej skrupulatnie czerwcowe wydarzenia. Nie szło mi najlepiej. Słuchając samej siebie, miałam dziwne wrażenie, że stoję obok i powątpiewam… Moje usta niby w miarę składnie raportowały, co się wydarzyło, ale czułam się zakłopotana, niespójna, nowa i trochę dziwna. Jak słoń w składzie porcelany.

…że w czerwcu odjęło mi na dwie godziny kontrolę nad rozumem, że sama nie wiedziałam co mówię, że nowa technika medytacyjna, że widać w człowieku mgły, że można je całować, że wtedy rzedną i jaśnieją, że ustąpiło nerwowe napięcie, że tak samo u Hildegardy z Bingen i że skąd to wszystko i po co?… i czy ktoś inny z jej studentów też już tak miał?…

Miałam nadzieję, że można to z kimś omówić, zmądrzeć i przestać się czuć tak zagubioną.

Pani Strickerschmidt bardzo się zafrasowała, ale nie miała dobrych wieści. Nikt niczego takiego do tej pory nie zgłosił. Ona sama nie potrafi nic doradzić oprócz jednego – jeśli to komuś pomaga, to „weiter arbeiten!”… czyli pracuj dalej.

Jedną z koleżanek na szkoleniu była lekarka ze Szwajcarii, pani Andrea L. z Zurichu. Lekarz homeopata i medium jednocześnie. Andrea diagnozuje chorych, łącząc się z Siłą Wyższą, która zsyła sponatniczną odpowiedź lub wizję, jaka jest przyczyna choroby i jak ją leczyć.

Pani Strickerschmidt jest bardzo ortodoksyjna i wierna swojej Mistrzyni, św. Hildegardzie z Bingen, ale nie zauważyłam, żeby zdolności medialne Andrei bulwersowały ją lub gorszyły. Wręcz przeciwnie, spotkały się z wielkim szacunkiem pani Strickerschmidt i reszty grupy.

Zapytałam Andreę, co myśli o mojej „przypadłości”. Nie zrobiło to na niej większego wrażenia.

Myślę, że Siła Wyższa najwyraźniej uznała, że jesteś już gotowa do pracy – orzekła, po czym mrugnęła i dodała – I nie martw się tym, że niczego nie rozumiesz. Przy siedemset trzydziestym szóstym kliencie wszystko będzie bardziej jasne.

Lubiłam i podziwiałam Andreę. Z zapartym tchem słuchałam opowieści o różnych fascynujących przypadkach z jej praktyki medycznej, o wspólnej energii ludzi i roślin, o pracy doktorskiej, którą obiecałam sobie przestudiować, o tym, jakie konkretne dolegliwości potrafią wywołać różne silne emocje.

Ale rady o potulnej pracy z setkami osób… bez świadomości, CO WŁAŚCIWIE SIĘ DZIEJE… nie byłam w stanie przyjąć.

Dziś ta rada wydaje mi się bardzo rozsądna. Po co tłuc się rozumem po rejonach, w których rozum nie działa?

Ale wtedy czułam tylko dolegliwą niecierpliwość i wielką chęć wiedzy. Co? Dlaczego? Skąd? Po co?

Pytania pozostawały wprawdzie bez odpowiedzi, ale wyjechałam z Niemiec z mrugnięciem Andrei w sercu, uspokojona, że w przyszłości wszystko się wyjaśni. Wprawdzie siedemset osób z okładem przede mną, ale warto cierpliwie i odważnie pracować.

Andrei uwierzyłam bez zastrzeżeń. Była najdziwniejszą panią doktor jaką spotkałam w życiu. Jeśli ktoś diagnozuje choroby, używając wizji i podpięcia pod kanał Siły Wyższej, to wydaje się bardzo „na miejscu” osobą od porad w kwestiach podróżowania w zaświaty… Miałam wielkie szczęście, że patrzyłam w oczy Andrei w tamtym czasie. Pani doktor, lekarz holistyczny, Szwajcaria, Zurich, Siła Wyższa. Każdy Kartezjańczyk bardzo szanuje dyplom lekarza… pomyślałam wtedy – Nie, chyba jednak nie zwariowałam. Będzie dobrze. W sumie fajnie.

 

W drodze

Pogodziłam się z tym, że choć otwarcie daru mogło być nagłe i spektakularne, to na zrozumienie dziwnego przybysza przyjdzie mi trochę poczekać.

Podjęłam dalszą pracę, nabierałam doświadczenia i syntezowałam wiedzę. Za każdym razem, kiedy prowadziłam warsztaty, pojawiało się coś nowego, dalszego, uzupełniającego cały obraz.

I szukałam.

Wertowałam internet. Napisałam do kilku osób na świecie, które mówią o uzdrawianiu, wyższych stanach świadomości i technikach przemieszczania się w wieczystą świadomość.

Słowa pokrzepienia wysłała mi dr Suzanne Lie z Kalifornii, ciekawe spotkanie odbyłam w Oslo z Kristin Berling. Bardzo dużą inspiracją były dla mnie rozmowy z dr Barbarą Labudą, książki dr Michaela Newtona i dr Ebena Alexandra.

Ale zawsze, ciągle i niezmiennie wracałam do przekazów Hildegardy z Bingen. Jej opisy duchowych subtelności, spraw ostatecznych czy relacji ciało-dusza są po prostu genialne. Nic dziwnego. Hildegarda miała niezwykły charyzmat przebywania jednocześnie i w naszym ziemskim wymiarze i w wyższych światach. O wszystkim wiedziała jakby „z pierwszej ręki”. Trudno czasami przebrnąć przez język jej wizji. To nie tylko kwiecistość średniowiecznej narracji, ale jeszcze spontaniczna, dynamiczna relacja ze światów paralelnych, na tematy teologiczne, psychologiczne, medyczne, zielarskie, antropologiczne i kosmologiczne. Wszystko w swobodnej kolejności… tak, jak pojawiało się w trakcie trwania wizji.

Ale wszystko tam jest. Każda odpowiedź. Zawsze precyzyjna i nie z tej ziemi.

Człowiek integrując coś większego niż on sam, sięga to tu, to tam, część się przydarza, część trzeba wypracować, ale w trakcie tej krzątaniny jest ciagły wewnętrzny wzrost i dojrzewanie.

Lektura „Dowodu” dr Alexandra była dla mnie kropką nad „i”. Jego opis śmierci klinicznej i krain jakie przemierzał w zaświatach, były idealnie takim samym „przekrojem pionowym” wyższych wymiarów, po jakich podróżowałam razem ze swoimi warsztatowiczami.

W tym samym czasie przyszła do mnie na indywidualną sesję osoba, która przed wielu laty przez kilka tygodni była w komie. Po wejściu w wewnętrzny wymiar wykrzyknęła – Znowu tu jestem, poznaję!

Wszystko stało się bardziej „ogarnialne”, choć nie powiem, że jasne. Myślę, że całkowicie zrozumiałe tu, na Ziemi, nigdy nie będzie.

Nie doszłam jeszcze do siedemset trzydziestej szóstej podróży w zaświaty, ale wiedza, jaką nabyłam w ciągu trzech lat pracy, dała mi spokój. Okrzepłam, mój umysł pogodził się z dominacją serca. Moje ego zgodziło się na poddanie woli. Ufam Sile Wyższej. Wszystko, co się przydarzyło, napawa mnie ulgą i wdzięcznością. Staram się, planuję, wytrwale działam, ale jednocześnie wiem, że istnieją wyższe instancje.

Najlepszą odpowiedź na pytanie dlaczego przydarzają się incydenty mistyczne, znalazłam u Suzanne Lie. Takie osoby jak ja, dr Lie nazywa „Portal Openers”, czyli osobami otwierającymi portale. Uważa, że przydarza się to tym, którzy dużo medytują, dużo tworzą i służą innym.

Myślę, że jest w tym sporo racji.

Nie startowałam w dorosłe życie gotowa na służenie innym. Ale w każdym życiorysie przychodzi czas rozdroży. Na nich podejmuje się kluczowe decyzje. Moim najważniejszym rozdrożem była przeprowadzka z rodzinnego miasta do Warszawy i podjęcie całkowicie samodzielnego życia z dwójką małych dzieci. Tak zaczęła się moja wielka służba.

Jeśli zaś chodzi o medytację i kreację, to niewątpliwie moim największym duchowym wyzwaniem, a zarazem medytacją i swobodną kreacją było stworzenie Siódmego Lasu – ośrodka warsztatowego nieopodal Kazimierza Dolnego nad Wisłą.

 

Siódmy Las

Całą młodość spędziłam w Lublinie, a Kazimierz Dolny to dla każdego Lubliniaka piękne weekendy nad Wisłą, spacery po wąwozach i pyszne podwieczorki w klimatycznych kafejkach. I często miłość do grobowej deski. Do rzeki, miasteczka i dwóch księżyców.

Moim marzeniem stało się wybudowanie ośrodka warsztatowego w pobliżu ukochanego miejsca.

Śledziłam ogłoszenia o sprzedaży gospodarstw na terenie Kazimierskiego Parku Krajobrazowego przez kilka lat. Żadne z kilkunastu oglądanych miejsc nie chwyciło mnie za serce. A to działka była za wąska, a to słońca za mało, a to drzewa za drzewiaste, a to za mało pięknie.

Kiedy po raz pierwszy ujrzałam zaniedbane gospodarstwo na południowym stoku łagodnego wzgórza, była połowa listopada. Miałam wysoką gorączkę, niewygodne gumiaki na nogach i byłam w podłym nastroju. Dzień wcześniej znalazłam ogłoszenie o sprzedaży działki budowlanej blisko Kazimierza Dolnego i opis wydał mi się bardzo zachęcający. Byłam wtedy w Lublinie, mniej więcej czterdzieści minut jazdy samochodem od opisanego miejsca. Dziś już nie pamiętam, co w ogłoszeniu zabrzmiało tak interesująco, dość, że następnego dnia zerwałam się z łóżka i nie bacząc na chorobę wyruszyłam na zwiedzanie pól i ugorów.

Po przyjeździe poczułam się mocno rozczarowana. Działka leżała na północnym, szarym stoku i nie miała w sobie nic urokliwego. Brnęłam przez hałdy butwiejących liści i byłam zła na siebie, że latam po listopadowych polach zamiast leżeć w ciepłym łóżku.

I wtedy wyłoniła się zza drzew posesja po drugiej stronie wąwozu. Oświetlona listopadowym pomarańczowo-liliowym słońcem, opleciona bujnymi pnączami, które mimo późnojesiennej pory dodawały zaniedbanym budynkom zwiewnej delikatności i tajemniczej aury. Koło domu rosły imponujące świerki, a okólnik otaczał sporych rozmiarów jar wyłożony dywanami złotych liści. Słowem miłość od pierwszego wejrzenia.

Gospodarstwo okazało się na sprzedaż, umiarkowanie drogie i transakcję sfinalizowałam w ciągu kilku tygodni.

Był to romantyczny początek wielkich zmagań z materią. Pomysł budowy kompleksu warsztatowego narodził się dość szybko. Działka była szeroka, można było zaplanować kilka budynków i pośrodku – główną świetlicę.

Całe przedsięwzięcie okazało się tak monumentalne, że choć od zakończenia budowy minęło już ładnych parę lat, dalej nie potrafię o tym myśleć bez wstrzymywania oddechu.

Sama zaprojektowałam wszystkie domy i obiekty – wyznaczyłam ściany, rozplanowałam pokoje, łazienki i toalety. Godzinami przemierzałam w myślach wirtualne pomieszczenia, otwierałam drzwi, ustawiałam łóżka, szafy, stoliki. Przechodziłam w wyobraźni na zewnątrz, do ogrodu, wytyczałam ścieżki, wyobrażałam sobie przyjeżdżających gości, widziałam jak otwieraja furtkę, jak idą przez trawnik w kierunku domu, kładą rękę na klamce drzwi, wchodzą do środka i znikają w swoim pokoju. Obserwowałam wyimaginowanych mieszkańców, gdzie najchętniej chcieliby się położyć spać, gdzie zechcieliby ustawić fotel i poczytać, w które okno patrzeć po obudzeniu, gdzie wstawić walizkę. Pewnego dnia w moich myślach podjechał na posesję wójt gminy, zaparkował i śmiało ruszył na poczęstunek do sadu. Czym prędzej zaprojektowałam w tym miejscu miejsce z ogrodowym stołem do piknikowania.

Dzięki sprawnie pracującej wyobraźni, mieszkając głównie w Warszawie, udało mi się zaprojektować domy, pokoje, łazienki i hektar ogrodu pod Kazimierzem Dolnym bywając tam głównie… wirtualnie.

Powstało sześć willi, każda w innej technologii, innym nastroju, innych kolorach. Trzy z nich złożone ze starych chat wyszukanych na Zamojszczyźnie. Do tego tarasy, oszklone werandy, zadaszone ganki, wszystko o czym się marzy, myśląc o letnim popołudniu na wsi.

Miałam szczęście do wspaniałej ekipy, która wprawdzie na początku podejrzliwie odnosiła się do moich oczekiwań, ale z czasem zasmakowała w niekonwencjonalnych rozwiązaniach i w końcu z zapałem realizowała najdziwniejsze z moich pomysłów. Ściany chatki pod świerkami wyłożyliśmy ręcznie naturalną gliną. Pozbierałam w okolicy stare kafle piecowe, z których wyczarowaliśmy nie tylko nowe piece, ale i mozaikowe szlaczki w kuchni.

Ułożyłam z kawałków materiałów ponad pięćdziesiąt patchworkowych kap na łóżka, każda dostosowana kolorystycznie do widoku za oknem. Gałęzie świerkowe były inspiracją dla zielono-rudych krateczek, kremowa kora brzóz do pastelowej narzuty, a błękitna dla gołębich szarości. Zasłonki okienne, zazdrostki, obrusy, wszystkie tkaniny też indywidualnie dopasowane do patchworków, nawet lampowe abażury na nowo obszyte lnem i ozdobione taśmami.

W ogrodzie zasadziliśmy kilkadziesiąt krzewów, posiali setki kwiatów. Marzył mi się na różowo kwitnący sad morelowy, szpalery bukszpanów, weigele, pigwowce, rododendrony, peonie drzewiaste, maliny i wisterie. No i oczywiście róże… całe ściany w różach.

To był czas tytanicznej pracy. Dzień po dniu, od rana do wieczora i tak przez kilka lat.

Nigdy nie byłam tak wściekle zawzięta i zdeterminowana, żeby ukończyć projekt bez żadnych dróg na skróty. Na początku każdą decyzję obracałam w głowie. Po jakimś czasie nauczyłam się podejmować szybkie decyzje, korzystając z obszaru serca. Zadań było bez liku, dni pełne pytań i dylematów. Na każde rozstrzygnięcie przeznaczałam tylko tyle czasu, ile potrzebowało moje serce, żeby udzielić odpowiedzi. Niezauważalnie dla mnie samej wyeliminowałam głowę z procesów decyzyjnych. Na każde zawołanie z zewnątrz, odpowiadał obszar duszy.

Do dziś czuję mocny powróz na linii „pytanie – odpowiedź” zakotwiczony w moim sercu i muskający drugim końcem wszystkie sprawy wokół mnie. Na każde pytanie szukam odpowiedzi pośrodku swojego mostka. To tamtędy biegnie szeroka, dobrze oświetlona autostrada komunikacji między mną i światem zewnętrznym. Na każde pytanie serce daje klarowną odpowiedź. Pewność w piersiach to znak, że zapadła właściwa decyzja. I odwrotnie. Niepewność i niedokończenie w okolicy serca jest dla mnie jasnym komunikatem – to jeszcze nie koniec zmagań, trzeba dalej szukać odpowiedzi.

Najwyraźniej kiedy przestajemy angażować głowę, uruchamiamy inną bazę informacji.

Kilka lat po zmaganiach przy budowie Siodmego Lasu obejrzałam film Toma Shydeck’a „I AM” i ze zdumieniem odkryłam, że istnieje coś takiego, jak pole informacyjne serca. Dużo potężniejsze i sprawniejsze, niż analogiczne pole wokół mózgu.

Koncepcja pola była mi znana od dawna, bo tematem mojej pracy magisterskiej były pola semantyczne wyrazów. Rozumiałam istnienie pól wokół słów i zdań, dlatego informacja, że nasze organy posiadają podobne pola energii, wydała mi się całkowicie do przyjęcia.

Siódmy Las najwyraźniej rozwinął moją intuicję, a intuicja to w końcu nic innego jak bliska przyjaźń z duszą.

Medytacje, kreowanie, służba innym ludziom. Trzy cechy otwierające duchowo według dr Lie.

W moim przypadku na pewno dodatkowy i decydujący faktor to przygoda z Hildegardą z Bingen. Myślę, że spotkanie z Jej duchowością było jak złoty deszcz, który spulchnił i ożywił przygotowaną, „wymedytowaną” ciężką pracą glebę. Jestem pewna, że bez słów o naukach Hildegardy dźwięczących wśród alpejskich łąk, nie byłoby mojego startu w Wielowymiary.

 

Tu i teraz

Moment, ja tu chyba dostrzegam jakiś paradoks!

Jak już ustaliliśmy, rasowemu Kartezjańczykowi, jakim jest większość z nas, koncepcja wielowymiarowa, wchodzenie w zaświaty czy pomysł obcowania z własną duszą, dosłownie nie mieszczą się w głowie.

Dlatego myślę, że zanim udamy się w naszą wielowymiarową podróż i zanurzymy się w szczegóły światów ponad naszym światem, warto „zmiękczyć” swoje kartezjańskie myślenie i pobawić się przez chwilę paradygmatowymi rozważaniami na temat ducha i materii, a potem poprosić Hildegardę z Bingen o kompaktowe korepetycje z duchowego abecadła. To taki łyk teorii przed wejściem w uliczki nieznanego miasta.

Faktem jest, że kultura zachodnioeuropejska ma romans z materią. Faktem jest, że lubi stawiać stopy na pewnym i widzialnym gruncie, który można opukać, zważyć i zmierzyć. Ale faktem jest również, że filarem naszej mega materialistycznie zorientowanej kultury jest wydarzenie z zupełnie innego rozdania niż kult materii. Wręcz przeciwnie.

O życiu i śmierci Jezusa z Nazaretu można śmiało powiedzieć, że to festiwal Ducha. Narodziny człowieka, który dał pokaz właściwej relacji między duszą i ciałem uhonorowaliśmy nawet nową erą.

A jeśli historycznie cofniemy się jeszcze dalej, to przyjdzie nam uznać, że grządka na której wyrosło nasionko kultury zachodnioeuropejskiej należy do paradygmatu Światła. Kroniką tego paradygmatu jest Biblia. Gruba księga opisująca ludzkie losy i sprawy w obliczu wielkiego Uniwersum, zapis człowieczych zmagań na osi materia – Światło… zmagań, która trwają od tysiącleci.

Dramatyczne decyzje Mojżesza, filmowe zwroty akcji, plagi egipskie, prorocy, aniołowie, zwiastowania, cuda i w końcu historia niezwykle odważnego człowieka, który ponad swoje życie postawił mówienie o niezwykłej mocy Miłości i Światła. Na każdej stronie świętej księgi twarde info – materia jest mniej ważna, najważniejszy jest duch.

Ręka do góry, kto w to wierzy?

Kogo na lekcjach religii przekonali, że księgi Biblii mówią o faktach? Kto wierzy z przekonania, a nie ze strachu przed śmiercią i ewentualnymi przykrymi konsekwencjami w kotle ze smołą?

A przecież Nowy Testament mówi o wydarzeniach na tyle mocnych, że stały się fundamentem religii. Potężnej formacji, która przez 2000 lat przeniosła bez internetu i telewizji pamięć o człowieku, który powiedział – jest Niebo, jest Stwórca, są większe niż materia prawdy, za które warto umrzeć. Oddaję swoje życie za pamięć o Niewidzialnym, pamiętając o mnie, pamiętajcie, że materia, to tylko mniej ważna część mnie.

Ta religia i dynamika jej geograficznego centrum – Rzymu, to kolebka naszej kultury.

Jak to się do licha stało, że skończyliśmy unurzani w takim paradoksie?

Z jednej strony nowa era, pół świata pod skrzydłami Watykanu, a także najmocniejsze punkty naszego prywatnego roku: Boże Narodzenie, Wielkanoc, Święto Zmarłych, ściśle nawiązujące do spraw boskich i duchowych. Z drugiej strony całkowicie brak im pierwotnego kontekstu. Przecież to nie są urodziny karpia, ani prezentów. A właśnie głównie o tym myślimy – co kupić i co zjeść.

Czy czasy proroków i aniołów bezpowrotnie minęły? Czy naszym udziałem mogą być już tylko emocje związane z finansami, polityką albo pop-kulturą? Czy współczesny, zapracowany człowiek na dobre zagubił w sobie zgodę na Niewidzialne? I jakie są tego konsekwencje?

 

Z portfelem na manowcach

Przyjrzyjmy się dokładniej, co zyskujemy, a co tracimy, wpatrując się hipnotycznie jedynie w materię.

Według Hildegardy z Bingen są w nas prócz materii, również trzy inne obszary – dusza, obszar boski i obszar kosmiczny.

Co to oznacza dla człowieka? Co to oznacza dla mnie? Czy ma to jakiś wpływ na moje samopoczucie i moje szanse na zaznanie w życiu szczęścia? Bo przecież każdy z nas chce być szczęśliwy. Za materią gonimy głównie po to, żeby dogonić szczęście.

I tu zaczynają się schody. Bo jeśli JA, to nie tylko materia, jeśli JA to także jakieś niewidzialne sfery, to one też czegoś chcą. Czegoś pragną. Za czymś tęsknią. Nawet kiedy nie patrzę w ich stronę, one nadal są. To, że zamknę na chwilę oczy, nie sprawi, że zniknie podłoga, na której stoję. Fakt, że tego nie widzę, niczego nie zmienia… podłoga nadal istnieje. Albo pluszowy fotel po zgaszeniu światła. Nie widać go, ale jest.

Według Hildegardy istnieje w nas widzialne i niewidzialne. To wszystko w każdym człowieku. Cztery obszary. Materia, dusza, obszar boski i obszar kosmiczny. W każdym z nas. Wszystkie ważne. Są, choć tego nie widzimy. Działają, choć o nich nie pamiętamy. Non-stop grzecznie stoją obok portfela. I czekają. Na przebudzenie mojej i twojej świadomości.

W naszej zmaterializowanej kulturze nie lubimy zawracać sobie głowy niewidzialnym. Dopiero w obliczu spraw ostatecznych – w ciężkiej chorobie lub pod koniec życia, wzrasta w nas zainteresowanie duchowością. Tak trochę „na wszelki wypadek”. A nóż po drugiej stronie rzeczywiście urzęduje jakaś Wyższa Komisja Do Spraw Mojego Życia? Może patrzą surowo i może warto zawczasu nadrobić duchowe zaległości?

Ale większość życia upływa nam w zapomnieniu. W zaniedbaniu. Bo jeśli jestem kimś więcej niż tylko materią, to utrata codziennej więzi z Niewidzialnym oznacza nie tylko przyszłe bąkanie na niebiańskim dywaniku przy zdawaniu raportu z ziemskiej podróży. To oznacza również (i dopiero ta część jest naprawdę smutna!), że przez całe życie jakaś część mnie pozostaje dla mnie samego NIE ODKRYTA. Mój wielki potencjał nie wykorzystany. Moje tęsknoty być może niewłaściwie pojęte. Przez kilkadziesiąt lat na planecie Ziemia chodzę i działam bez świadomości, KIM NAPRAWDĘ JESTEM I NA CO MNIE STAĆ.

Otóż jeśli przyjmiemy, że jesteśmy czymś więcej, niż tylko materią, jeśli nasze ciało jest domem dla duszy i jeśli przenika nas tchnienie Boga, to zamiast martwić się, że trzeba będzie zgłosić nieprzygotowanie do lekcji tuż po wejściu w zaświaty, lepiej się zastanówmy, jakie możliwości tracimy, przez to, że nie widzimy całego spektrum siebie TU I TERAZ. Jak wielką stratą jest to, że nie wszystkie karty z księgi naszego życia mamy otwarte i być może nigdy ich nie przeczytamy. Że jakaś część pasjonujących przygód, monumentalnych przeżyć, ważnych doznań, po prostu nas ominie.

To dopiero jest przygnębiające! Nie to, co stanie się po śmierci, ale to, co NIE STANIE SIĘ za życia!

Poruszający jest fakt, że być może nasza ukochana kultura odnosząc imponujące sukcesy i zwycięstwa w laboratoriach, czegoś jednak nie dopatrzyła, o czymś zapomniała, coś usunęła z pola widzenia. Utraciła ważną część siebie. Ważną część każdego z nas.

Wcale mnie to nie dziwi. Nie można jednocześnie robić na drutach i flancować pomidorów. Jeśli Europa wybrała laboratorium i wpatrywanie się w mikroskop, ograniczyła tym samym myśli szybujące ku Światłu. Zajęta przekrojem poprzecznym żaby, przestała nadsłuchiwać podszeptów duszy. Zaczęła liczyć gwiazdy nad sobą, a nie w sobie. Za wiedzę, jaką zdobywała, gotowa była oddać życie. Ludzie ginęli na stosach nie tylko za wiarę, ale również za wiedzę. Za odkrycia astronomiczne, za zdobywanie nieznanych lądów, opływanie burzliwych przylądków, za złoto, za nowe gatunki ptaków, za poprawne wytyczenie brzegów afrykańskich jezior. Odkrywca materii w ferworze tych ważnych i emocjonujących spraw, nie zauważył, że odwrócił się tyłem do spraw mniej namacalnych.

Jak to się ma do naszego portfela i szczęścia?

Otóż wygląda na to, że w obliczu tego wszystkiego w naszym portfelu brakuje pewnej ważnej waluty. Tak długo jak pozostajemy w obszarze materii, wszystko jest jasne i zrozumiałe. Znamy reguły „winien i ma”. Ale co z pozostałymi wymiarami? Duszą, kosmosem, boskim Światłem? Co z duchowymi komponentami każdego z nas? Czy można dbać i rozwijać coś, o czym się zapomniało? Nie można. To oznacza, że nasze duchowe konto pozostaje na zerze, a trzy czwarte naszego potencjału do szczęścia pozostaje w uśpieniu.

Cóż, w pewnym sensie wylądowaliśmy razem z wypchanym materią portfelem na manowcach…

 

Odwieczne zgryzoty mistyków

Europejczyk nie zawsze był takim materialistą.

Średniowieczna europejska elita dyskutowała o aniołach i nie budziło to zażenowania. Niewidzialne miało status rzeczywistego. W istnienie duszy nie było w zwyczaju wątpić. Na pewno były to korzystniejsze warunki do adaptowania przeżyć mistycznych. Ale nawet w czasach kiedy duch pewniej i swobodniej szybował nad Europą, człowiekowi nigdy nie było łatwo odkleić wzroku od materii.

Nasze ciało, mięśnie, krew, nasz pot, nasz głód, seks, strach, to konkretne siły świata fizycznego najbliższe naszym ziemskim zmysłom. To pozostaje przez wieki niezmienne. Nie jesteśmy eterycznymi stworzeniami, ale fuzją ciała i ducha. Przez wszystkie dni na planecie Ziemia nasze ciało i jego potrzeby są, istnieją i rządzą. Podporządkowanie potężnych sił duchowi, zasługuje na świętość i tak fetujemy wielu Ziemian, którzy podjęli próbę przedłożenia pragnień duszy ponad pragnienia ciała i wyszli z tej batalii zwycięsko.

To są heroiczne zmagania bez względu na klimat epoki. To prawda, że Kartezjańczyk kocha materię. I prawdą jest, że nadał jej zupełnie nowe kształty i sens kosztem ducha. Ale problem z uznaniem Niewidzialnego jest stary jak świat. Nigdy nie było łatwo mówić o sprawach duszy, wyższych wymiarach i Świetle.

W czasach największego rozkwitu świadomości duchowej mistycy mieli taki sam zestaw przeszkód do pokonania, jakie ma współczesny Kartezjańczyk-mistyk w XXI wieku. Bieg przez płotki po holistyczną całość siebie od tysiącleci wygląda podobnie – trzeba się uporać nie tylko z opinią publiczną, tłumaczeniem w rodzinie i najbliższym środowisku, zatroskanymi spojrzeniami przyjaciół czy współpracowników, ale przede wszystkim trzeba się dogadać z samym sąbą. Pootwierać okiennice w swojej głowie, przewietrzyć kilka sal, o których istnieniu nie miało się dotąd pojęcia.

Z ulgą odkryłam, że wzięcie na klatę doświadczeń duchowych, sprawiało trudność wielu bibilijnym i historycznym mistykom. W panice uciekał Jonasz, ukrywał się Mojżesz, wahała Hildegarda z Bingen.

Budzenie świadomości do postrzegania siebie jako istoty wielowymiarowej, łączącej materię ze świetlistym domem dusz (z wszelkimi konsekwencjami takiego stanu rzeczy) to naprawdę trudne w asymilacji doświadczenie.

Na każdego z mistyków przyszedł taki dzień, nieoczekiwany, niezaplanowany, w którym nagle, ni stąd ni zowąd, samoistnie uaktywniła się świadomość Wyższych Wymiarów. Czasami było to spowodowane śmiercią kliniczną, czasami jakimś innym dramatycznym wydarzeniem, a czasami wprost przeciwnie, był to kolejny zwykły dzień, a w nim nagle bum! I piętnaście minut przed śniadaniem wydarza się Coś Kompletnie Niezrozumiałego.

Nie wiemy dokładnie jaki „grom z jasnego nieba” był bezpośrednią przyczyną, dla której Jezus zdecydował się diametralnie przebudować swoje życie i wejść na ścieżkę, która zakończyła się trzy lata później na wzgórzu Golgota. Wiadomo tylko, że nagle, w trzydziestym roku życia postanowił wszystko zmienić, i udał się na pustynię, gdzie 40 dni pościł. Liczba 40 w Biblii często oznacza dłuższy czas niż zapisano literalnie. Czy było to dokładnie 40 dni i nocy, czy jakiś inny, umowny odcinek czasu, nieważne, dość, że wiemy, że nawet Jezus z Nazaretu potrzebował sporo czasu, żeby zintegrować swoją poszerzoną świadomość.

Św. Hildegarda z Bingen, która kontakt ze Światłem miała od dzieciństwa, ujawniła swoje mistyczne talenty dopiero w 43 roku życia, kiedy to zajmowała już szanowane stanowisko przeoryszy zakonu benedyktynek i uzyskała poparcie największego autorytetu duchowego Jej czasów, Bernarda z Clairvoux.

Mówienie o wyższych stanach świadomości zawsze obarczone było sporym ryzykiem. Jezusa za wierność mówienia o Świetle ukrzyżowano.

Hildegarda również drogo płaciła za lata milczenia o swoich doświadczeniach z wyższymi wymiarami. Milcząc z lęku przed opinią zakonu i potępieniem społecznym, z każdym rokiem podupadała na zdrowiu. Wiedziała, że jej choroba ma podłoże duchowe. Kiedy więc otwarcie przyznawała się do wizji o Świetle, energiach, świetlistych istotach, czy strukturze kosmosu choroba ustępowała i dolegliwości malały. Powtarzało się to kilkukrotnie. Ilekroć strach przeważał nad służbą dla Światła, Hildegarda zaczynała chorować… ilekroć brała górę odwaga, fizyczny dobrostan powracał.

Myślę, że każdego z mistyków w równym stopniu paraliżował strach przed opinią publiczną i społecznymi sankcjami, jak i własna dezintegracja w obliczu czegoś, co trudno ogarnąć rozumem.

Wrogość na zewnątrz, dezorientacja w środku.

Owszem, temat Światła ma duży kaliber, budzi kontrowersje i jest trudny do upchania w głowie, ale nie sposób nie zauważyć, że jak świat światem zawsze był i ciągle jest bardzo, ale to bardzo pociągający.

 

Dwa światy

Chociaż jesteśmy przygotowani uwierzyć tylko w to, co sprawdzalne, policzalne, ogarnialne, widzialne, naukowo do udowodnienia, laboratoryjnie do sprawdzenia, to chyba nie ma człowieka, który choć raz w życiu nie zadałby sobie pytania – jaki sens ma moje życie? Jaki sens ma wszystko, co dzieje się wokół? Po co żyję? Po co walczę? Co stanie się ze mną po śmierci?

I chociaż dzisiejsza nauka potrafi odpowiedzieć płynnie na wiele pytań, to w obliczu spraw ostatecznych zacina się i traci wątek. Zaczyna dukać. Wchodząc w rewiry trudniej dostępne dla sprzętu badawczego, nauka z niechęcią musi przyznać, że nie zna odpowiedzi. Dlatego woli odwrócić się plecami i udawać, że temat nie istnieje.

Cóż, jak narazie Kartezjańczyk nie potrafi skonstruować sondy do raju, ani nacisnąć guziczka, który rozpocznie transmisję reality show z aniołami, czy wywiadu z Panem Bogiem. Nauka nie wie, jak się za to zabrać, a nas dręczy pytanie – czy to wszystko w ogóle istnieje czy nie? Jest, czy tego nie ma?

Przeciętny, współczesny Europejczyk i europejscy koloniści (Amerykanie i Australijczycy) ugrzęźli z kretesem w materii i na mocowanie z nią poświęcają większość życia. Nie są z tego zadowoleni, ale o tym nie wiedzą, bo w pogoni za pieniądzem zagubli kontakt ze SOBĄ. Cierpią na depresje, nienawidzą roboty, która daje im upragnioną kasę w zamian za „cudowne” życie, chorują, cierpią na bezsenność, ale nawet nie potrafią nazwać tego, co im dolega. Oderwanie od kontaktu z duszą? Brak sensu istnienia? Odstawiona na bocznicę duchowość? Co to znaczy? Gdzie jest ta dusza? Ponoć waży 21 gramów, ale czy ktoś ją widział? I w ogóle dyskusje na temat rzeczy niewidzialnych uważane są za hochsztaplerstwo, lub co gorsze, za sekciarstwo.

Robimy filmowe hity o żarliwych poszukiwaczach bibilijnych artefaktów. Doskonale rozumiemy dlaczego Indiana Jones dostaje wypieków na myśl o odnalezieniu Arki Przymierza – niesamowitej skrzyni do kontaktu z wyższymi wymiarami. Kibicujemy mu, kiedy odważnie idzie po świętego Graala, który daje wieczne życie. Mamy te pragnienia we krwi. Na srebrnym ekranie to wszystko wydaje się jasne. Ale film to film. W życiu codziennym przystojnego archeologa kopiącego w poszukiwaniu zaginionej arki uznalibyśmy za kompletnego szaleńca.

Z jednej strony każdy z nas szanuje Biblię, pełną mowy o Świetle, spotkań z aniołami, interwencji anielskich, cudów, wskrzeszeń i duchowości. Jest nawet w listach Pawła z Tarsu wyraźne odniesienie do wielowymiarów z przełomowego wydarzenia jakim było jego nawrócenie po „porwaniu do trzeciego nieba”.

Jako dzieci pierwszą modlitwę wznosimy do Anioła Stróża. Z drugiej strony nasza kultura wpoiła nam, że nie wypada w takie rzeczy wierzyć. Może kiedyś, rzeczywiście, pewnie tak, ale jeszcze nie dziś. Pierzasty duszek w obronie moich interesów? W skrytości ducha mogę w trudnych chwilach szukać jego wsparcia, ale przecież nie wypada o tym gadać przy drinku w knajpie.

Skąd w nas takie rozdarcie? Z jednej strony czujemy respekt przed Biblią, z drugiej wypieramy jej główne przesłanie. Chcemy wierzyć, a wątpimy. Boimy się śmierci, tęsknimy za rajem, ale duchowość mamy w pogardzie. Nie umiemy zintegrować materii z duchem, rozumu z sercem.

To proste.

Pozostajemy ofiarami ziemskiego zjawiska o nazwie „polaryzacja”. To dualność, czyli rozszczepienie całości na dwie różniące się między sobą materie – na materię fizyczną i materię świetlistą. Na ciało i duszę.

Te dwie materie różnią się między sobą praktycznie wszystkim – swoją strukturą, innymi, często przeciwstawnymi pragnieniami, totalnie inną wibracją oraz przynależnością, ponieważ jedna przynależy do Ziemi, a druga do Nieba. Słowem gotowa kolizja i poligon doświadczalny w jednym JA.

Żeby lepiej zrozumieć tę wybuchową mieszankę, czas proprosić o korepetycje absolutnie niezwykłą kobietę, osobę obdarzoną supernaturalnymi talentami, którą na pewno próbowałaby zrekrutować szkoła X-menów i byłaby tam gwiazdą.

Pora na spotkanie z Hildegardą z Bingen.

 

Abecadło duchowości

 Moja Mistrzyni, Hildegarda z Bingen

Hildegarda żyła w XII wieku w Niemczech. Jako dziesiąte dziecko w rodzinie, jeszcze w łonie matki, została poświęcona Kościołowi. Pojęcie „dziesięcina” dotyczyło nie tylko plonów. W szlacheckiej rodzinie, w średniowiecznych Niemczech, przekazanie dziesiątego dziecka wraz z posagiem na służbę Kościoła było tradycyjną praktyką.

Kilkuletnia Hildegarda została zgodnie z obietnicą oddana na wychowanie przy męskim Klasztorze Benedyktynów w miejscowości Disibodenberg. Towarzyszyła jej mentorka, Jutta von Sponheim, na której rodzinnych włościach stał benedyktyński klasztor. Do zabawy przydzielono Hildegardzie nieznaną dziś z imienia dziewczynkę, równolatkę. To było naturalne środowisko pięcioletniej Hildegardy.

W ciągu swojego ponad osiemdziesięcioletniego życia Hildegarda oderwała stale rosnący zakon żeński od rodzimych Benedyktynów, przeniosła mniszki w nowe miejsce, wybudowała jeden klasztor, potem drugi, i trzeci.

Organizowała życie zakonne, animowała całą społeczność. Była przeoryszą, mniszką, budowniczym, szefem wspólnoty, mówcą, uzdrowicielką, kompozytorką. Wszechstronnie uzdolnioną i wykształconą kobietą, autorytetem dla współczesnych elit. Ale przede wszystkim była mistykiem. Jej wizje notował osobisty sekretarz, Benedyktyn Vollmar. Na podstawie wizji powstawały ryciny, które Hildegarda osobiście nadzorowała. W kilku zachowanych do dziś ręcznych odpisach dzieł z przekazami Hildegardy można podziwiać kolorowe, pełne kosmicznych symboli obrazy.

Po czerwcowych wydarzeniach w Siódmym Lesie Hildegarda stała się dla mnie już nie tylko barwną postacią historyczną i synonimem zaawansowanego systememu duchowości, ale przede wszystkim mistykiem. Żródłem wiarygodnych informacji o tym, jak jest „po drugiej stronie”.

Hildegarda to absolutny fenomen wielowymiarowej świadomości. Człowiek, któremu spontanicznie otwarły się wrota do wyższych światów.

Od dzieciństwa żyła i tu, na Ziemi, i tam, w zaświatach. Początkowo myślała, że każdy człowiek postrzega wszystkie wymiary tak jak ona. Tym bardziej, że w odróżnieniu od wielu mistyków, nie traciła przytomności podczas wizytowania zaświatów. Nie mdlała, nie drżała, była całkowicie przytomna. Potrafiła pielić grządki, rozmawiać z innymi mniszkami i jednocześnie widzieć anioły w wyższych wymiarach.

Stąd do dziś nazywa się ją „trzeźwą mistyczką”.

Podczas wędrówek po wyższych wymiarach widziała stworzenie świata, porządek kosmiczny, budowę kosmosu, prawa rządzące Wszechświatem.

Obok zaawansowanej kosmologii, dawała przekazy bardzo praktyczne. Dlaczego orkisz jest zdrowy (mówimy naturalnie o starych, niemodyfikowanych odmianach orkiszu, tych z czasów Hildegardy), jakie właściwości mają zioła, w jaki sposób i co leczą półszlachetne i szlachetne kamienie. Pozostawiła ponad 1500 receptur rodem z nieba. Czerpała informacje o roślinach, których nie mogła znać z realu, tylko z wizyt niebiańskich. Miała po prostu dostęp do kosmicznej biblioteki całego Wszechświata.

Kapitalny i szalenie współczesny jest jej koncept terapeutyczny. Hildegarda dokładnie opisała przyczyny wszelkich niedomagań, cielesnych i emocjonalnych. Wyjaśniła związek między ciałem a duszą, stworzyła kompletną terapię duchową dla chorego organizmu i podupadłej kondycji duchowej. Terapię tę określa się dziś jakże trafnym mianem „kosmicznej psychosyntezy”. To holistyczny, kompletny system terapeutyczny uzdrawiania chorób ciała i ducha.

Hildegarda sporo mówiła o aniołach. Widziała anioły, rozmawiała z nimi, słuchała ich anielskich pieśni. Niezwykła melodyka jej muzyki, to właśnie ziemski zapis niebiańskich chórów, którym się przysłuchiwała.

Wspomniałam już, że bardzo mnie interesowało, w jaki sposób radziła sobie ze swoim niezwykłym darem. Nawet jeśli Średniowiecze było dużo bardziej otwarte na mówienie o duchowości, to mniszka przyznająca się do kontaktów z aniołami na pewno wywoływała ogromne zamieszanie. Jestem Katolikiem i kocham swoją religię, ale muszę przyznać, że we wszystkim dopatruje się mrocznych podtekstów.

Nie inaczej było z Hildegardą. Latami wzdragała się mówić o swoich wizjach i nie chciała przystąpić do ich spisania. Obawiała się diabelskiego źródła swoich niezwykłych zdolności.

Wyobrażam sobie, jakie boje toczyła sama ze sobą.

Ten wewnętrzny konflikt, ścieranie się z misją swojej duszy, ze swoim fenomenalnym darem, przypłacała znaczną utratą sił życiowych. Dopiero przykuta do łóżka, kiedy nie mogła już wstać o własnych siłach, zdecydowała się na odwagę i otwartość.

Bardzo dyplomatycznie zabezpieczyła się przed zarzutami o szatańską genezę swojego daru, korespondując z największym duchowym autorytetem ówczesnej chrześcijańskiej Europy, wpływowym teologiem, intelektualistą, a także podobnie jak ona mistykiem – Bernardem z Clairvaux. Ten francuski arystokrata i zakonnik, charyzmatyczny mówca, piewca otwartego serca i potęgi miłości, docenił intelekt i dar Hildegardy oraz udzielił jej swojego poparcia. Jednoznacznie przyporządkował zdolności Hildegardy niebiańskiej, a nie piekielnej genezie.

Ciekawiło mnie, jakie przełożenie na codzienność miał w życiu Hildegardy dar kontaktu z wyższymi wymiarami. Czy targały nią wątpliwości podobne do tych, jakich doznają inni ludzie? Czy kiedykolwiek czuła się zagubiona, zdezorientowana, czy wręcz przeciwnie, podłączała się pod informacje „z góry” i potrafiła sobie zapewnić stabilne drogowskazy z niebios?

Kiedyś znalazłam wzruszający fragment z czasów, kiedy ciężko pracowała nad oderwaniem żeńskiej społeczności Benedyktynek od męskiego, rodzimego klasztoru na Disibodenbergu. Była pełna wątpliwości, strachu i głęboko przeżywała niezadowolenie swojego opata. Otrzymała rozkaz z nieba, że ma zbudować nowy kompleks klasztorny, ale mimo dialogu z „najwyższymi instancjami” realizacja tego polecenia na Ziemi była trudna i obfitowała w zatargi, waśnie i trudności.

Benedyktyni na Disibodenbergu nie chcieli tracić zyskującej coraz większą sławę mistyczki i… posagów panien, które zachęcone osobowością Hildegardy, coraz chętniej wstępowały do disibodenbergowskiego klasztoru.

Hildegarda jak zwykle postawiła na swoim, ale przypłaciła to dużą ilością nieprzyjemności i kłopotów.

Słynny był wiele lat później jej zatarg z biskupem Moguncji, który obłożył ekskomuniką pewnego szlachcica za domniemane zabójstwo. Hildegarda ujęła się za niesłusznie oskarżonym nieszczęśnikiem, udzieliła mu schronienia w murach swojego klasztoru, a na koniec pochowała na przyklasztornym cmentarzu.

Biskup się wściekł, zabronił mniszkom Hildegardy między innymi śpiewów modlitewnych, przyjmowania komunii świętej czy bicia w dzwony. Nałożył też na klasztor szereg innych kar.

Jednak Hildegarda nie ulękła się, twardo obstawała przy niewinności zmarłego szlachcica i z pokorą, ale i nieustepliwością znosiła wraz ze swoim zgromadzeniem nałożone kary, obstając przy swoim, czyli przy sprawiedliwości. I rzeczywiście, sprawa zakończyła się dla Hildegardy happy-endem. Zgłosił sie w końcu świadek zajścia, który oczyścił zmarłego z zarzutów o zabójstwo.

Kary zdjęto, powróciło codzienne życie pełne pieśni i dźwięków dzwonów. Pamiętajmy, że muzyka była dla Hildegardy (podobnie jak to jest w dzisiejszym Kościele), formą modlitwy i kontaktu z Bogiem. Zakaz śpiewania był odcięciem duszy od ważnej praktyki kontaktu ze Źródłem.

Ta historia pokazuje jaką odważną kobietą była średniowieczna mistyczka. Nikogo się nie bała. Śmiało realizowała swoje zamierzenia. Jeśli w coś wierzyła, była temu wierna i broniła tego przed całym światem. Przed zwierzchnikami, mężczyznami, decydentami.

Wraz ze swoim wiernym sekretarzem Vollmarem pracowali kilka dziesiątek lat nad spisywaniem jej wizji.

Jej dzieła to źródło wiedzy, jaką dopiero goni współczesna nauka.

W chwilach wątpliwości, w obliczu pytań, kiedy chcę coś zrozumieć, przeglądam jej książki z nadzieją, że wyciągnie do mnie pomocną dłoń, że pomoże mi zrozumieć moje przeżycia, pomoże pojąć co dzieje się w wyższych światach. Że znajdę wsparcie i stały ląd pod stopami.

I zawsze tak się dzieje.

Jestem pewna, że wydarzenia ze świętojańskiego poranka miały bezpośredni związek z moim hildegardiańskim szkoleniem. Z początku byłam zbyt oszołomiona, żeby to dostrzec, ale wystarczyło kilka tygodni i stało się jasne, że w dziełach Hildegardy znajduję odpowiedzi na trapiące mnie pytania i wątpliwości.

Moje rozumienie wyższych wymiarów często opieram na jej przekazach. Polegam na jej wiedzy o duszy. Kiedy Hildegarda dzieli kosmiczny wymiar na dziewięć kręgów, to ja też przyjmuję ten podział i kolejne kosmiczne warstwy nazywam kręgami.

Nie mam zdoloności mojej Mistrzyni do przebywania w wyższych wymiarach. Jednak posiadam dar wprowadzania tam innych. Do jednoczenia ich z boskim Światłem i prowadzenia przed oblicze aniołów. Światło jest potężne i życiodajne. Ja go nie widzę, widzą go podróżujący. Podobnie jest z aniołami. Dokładnie wiem, co mają zrobić, żeby spotkać się ze swoimi świetlistymi przewodnikami twarzą w twarz. I znowu – ja sama aniołów nie widzę… widzą ich wędrujący w wielowymiarowym portalu.

Zbieram raporty z wyższych wymiarów, jakich dostarczają mi podczas pracy moi warsztatowicze. Wyłania się z nich obraz zaświatów, zgodny z opisem Hildegardy. Polegam na jej kosmicznych wglądach.

Duchowość hildegardiańska, to jeden z najbardziej zaawansowanych systemów duchowości na tej planecie. Sięga bardzo głęboko. Stąd aż do Źródła.

 

Dwie materie

Hildegarda pisząc o stworzeniu świata, wymienia dwie materie: lucida materia, czyli materię świetlistą i turbulenta materia, czyli materię fizyczną. Ze świetlistej materii utkani są aniołowie i wymiary kosmiczne, a z fizycznej – świat ziemski.

Człowiek, to fuzja obu materii, materii świetlistej i materii fizycznej. Dusza należąca do świata świetlistego łącząc się z ciałem, czyli z materią fizyczną tworzy wielowymiarową istotę, czyli ciebie i mnie… człowieka. Każdego z nas łączy ze świetlistym światem, z wyższymi wymiarami, świetlista pępowina, którą dusza zeszła do ciała w okresie prenatalnym. Świetlista pępowina łączy nas ze światem dusz przez całe wcielenie na Ziemi.

Na rycinie z czasów Hildegardy widać złocisty latawiec unoszący się w kosmicznym wymiarze, a w nim dusze czekające na swoją kolejkę do zejścia w ludzkie ciało. To obraz Wielowymiarów. Pionowy przekrój przez wielowymiarową rzeczywistość, do której przynależy każdy człowiek – dom dusz w wymiarze kosmicznym i ziemska rzeczywistość, czyli kobieta w stanie błogosławionym i mały dzidziuś w jej łonie. Świat dusz łączy z ciałem dziecka przezroczysta pępowina, „przytwierdzona” do małego ciałka na piersiach. To w tej okolicy ciała najsilniej czujemy pragnienia duszy. W tym miejscu jesteśmy dosłownie zjednoczeni ze świetlistym światem dusz i wyższych wymiarów przez całe życie.

Dusza schodzi świetlistą pępowiną w płód w trzecim lub czwartym miesiącu ciąży. To wtedy matka zaczyna odczuwać ruchy małego dzieciątka.

W duchowości hildegardiańskiej dusza wybiera sobie rodzinę, konkretny potencjał swojego ciała fizycznego, miejsce w którym chce przeżyć swój czas na planecie Ziemia. To nie jest jakieś przypadkowe zsunięcie się świetlistą tubą w nieznane ciało. Dusza podejmuje decyzję, z czym chce się zmierzyć, co przeżyć, przed jakimi wyborami stanąć. Zastanawia się, przymierza, dokonuje wyboru, a potem podniecona i pełna nadziei czeka na zgodę na transfer świetlistym tunelem do wybranego przez siebie ciała.

Wie, że proces integracji z ciałem fizycznym nie będzie łatwy. Ale chce się rozwijać, chce wyjść zwycięsko z ziemskich prób i zawirowań… i jest pełna dobrych chęci.

Czy można cofnąć się świadomością do tego momentu? Oczywiście. Wtedy wszystko staje się jasne. Moje życie to moja odpowiedzialność. Jestem tu z własnego wyboru, właśnie TU chciałem być, spotkać te, a nie inne osoby, dostać te, a nie inne szanse na rozwój.

W duchowości hildegardiańskiej nikt nie jest ofiarą przypadkowości istnienia. Każdy musi zaakceptować odpowiedzialność za swoje życie i aktywnie wziąć los we własne ręce.

Tak dochodzimy do jednego z najbardziej charakterystycznych punktów w duchowości hildegardiańskiej. Do zjawiska określanego mianem „wolnego wyboru”.

 

Wybór

Tak więc twoja dusza wybrała twoje życie na swój konkretny życiorys.

A ponieważ twoja dusza to ty, toteż właśnie TY wybrałeś sobie życie jakie chcesz przeżyć…chociaż znakomita większość z nas tej decyzji nie pamięta.

A więc fakt istnienia w konkretnym miejscu na Ziemi, w wybranej rodzinie, w wybranym ciele sprawia, że z pozycji duszy wszystko, co się przydarza, jest wolnym wyborem duszy. JA tego chciałam. To dusza jest zawsze kreatorem i sprawcą, a nie ofiarą zdarzeń. Cokolwiek się przydarza, był to świadomy wybór duszy, czyli NASZ wybór. Od trzeciego miesiąca ciąży, ciało i dusza stanowią jedność. Świelista materia duchowa jest w każdej naszej komórce, a wspólne doświadczenia jakie przechodzi wraz z ciałem, rozwijają jej „osobowość”, wzbogacają… dusza dojrzewa doświadczeniami wspólnoty ze swoim ciałem.

Nie oznacza to, że wszystko zaplanowała, i że wszystko jest ostatecznie zdeterminowane. Dusza wybiera ciało, rodzinę, swój potencjał i wehikuł na ziemską podróż, ale w każdej chwili, każdego dnia, staje przed szeregiem „świeżych” wyborów. I to te wybory decydują o jej postępach. To właśnie od WYBORU, od świętych momentów podejmowania decyzji zależy, czy dusza rozwija się, dojrzewa, zalicza progres i rozkwita, czy wręcz przeciwnie, kurczy się i cofa w stosunku do swoich możliwości.

Oczywiście w ziemskim realu jest w syjamskim związku ze swoim ciałem. To już nie tylko dusza działa. To działa wielowymiarowy konglomerat duszy z ciałem.

Czy jest możliwe, że dusza dokona złego wyboru co do swojego „nosiciela” – fizyczno-duchowy melanż potknie się, przewróci i już się nie podniesie? Że dusza nie zrealizuje swojego planu i powróci do nieba zawiedziona i rozczarowana sobą?

Oczywiście. To jest niestety możliwe.

Pracowałam z ludźmi, którzy naprawdę upadli. Dokonali wyborów, których nie potrafili udźwignąć. Albo nigdy nie zdołali podnieść się z mroźnych podmuchów dzieciństwa. Im bardziej słabli… tym bardziej słabli. Nie umieli aktywować zmiany.

Nie potrafili uwierzyć, że jeszcze dadzą radę, nie wiedzieli jak odnaleźć w sobie rezerwową spiżarnię z wiarą, nadzieją i siłą. Zwątpili w swój duchowy potencjał.

Zwątpili, że jest w nich dusza, dla której ten trud wzrostu „mimo wszystko” i „właśnie dlatego” to sens inkarnowania w ludzkie ciało.

To wykluwanie, transformacja i niezłomne zmagania o szczęśliwe wyłonienie się z ziemskiego chaosu jest ogromnym heroizmem i wymaga wielkiej krzepy.

Wystarczy rozejrzeć się wokół, żeby dostrzec ludzi, którzy się poddali. Wegetują i tylko trwają. Albo w ogóle wypadli ze społecznych kolein i ludzkich interakcji – jedzą odpadki, chronią się przed deszczem na publicznych dworcach, śpią w kartonowych pudłach. Nie mają siły żyć i przedzierać się przez wymagający ziemski real.

Jeszcze gorsza wersja to ta, kiedy dzieje się krzywda i zło na mikro i makro skalę.

Codziennie jesteśmy bombardowani przerażającymi informacjami o wydarzeniach mrożących krew w żyłach. Katastrofach, wypadkach, zbrodniach i torturach.

Ziemia to nie raj niestety. Jest tu wiele ścierających się ze sobą mas ciężkich emocji nie tylko pojedynczych ludzi, ale i całych narodów. W każdym punkcie naszego globu zawsze był i zawsze trwa jakiś zbrojny konflikt, z powodu którego w człowieku odzywa się bestialstwo, a tysiące ludzi cierpi i traci życie.

Jak możliwa jest taka duchowa zapaść i udział w zbrodni? Czy niektóre dusze planują swój upadek i w takim razie całe zło to kontrolowana katastrofa?

Istnieją oczywiście dogmaty na temat zewnętrznych sił ciemności, takich jak diabeł i jego demoniczna świta, którzy tylko czyhają na chwile słabości człowieka, żeby nim owładnąć i odciąć od duchowego domu w niebie.

Nie chcę z tym polemizować, choć nie zdarzyło mi się, aby usiadł przede mną człowiek spętany zewnętrzną siłą, jak nie przymierzając paź królowej w siatce na motyle.

Zauważyłam natomiast, że człowiek ma ogromny talent do torpedowania swoich spraw na Ziemi z powodu własnych, wewnętrznych słabości, że właściwie żaden diabeł nie jest mu do pomocy potrzebny.

Pewnie zdarza się czasami, że dusza schodzi na Ziemię z kontraktem na mniej chwalebne czyny. W końcu ktoś musi nam podstawiać nogę i podwyższać poprzeczkę. Ale część dusz zwyczajnie nie daje rady. Albo inaczej, daje radę tylko w swoim, możliwym zakresie. Tyle, na ile pozwala dojrzałość ciała świetlistego, i tyle, ile może dać z siebie ciało fizyczne w konkretnym punkcie na mapie naszego świata, w konkretnym kraju, w konkretnej rodzinie.

Głęboko wierzę, że nawet jeśli konglomerat dusza-ciało nie podoła, nie da rady, a nawet całkowicie zejdzie z trasy, to i tak jest to krok w rozwoju. Trudno w kontekście Hildegardy mówić o reinkarnacji. To nie ta religia, i nie ta koncepcja, ale osobiście potrafię sobie wyobrazić, że dusza rozwija się systematycznie i próbuje wiele razy budować krzepę. I że w takim razie każda podjęta próba jest na wagę złota, bo wnosi coś nowego. Wszyscy wiemy, że popełnianie błędów może być drogą do sukcesu, pod warunkiem, że dalej się próbuje. Dlatego kibicuję każdej duszy i wierzę, że nawet kiedy „przegrywa”, to ta przegrana jest elementem jej przyszłego zwycięstwa.

Jeśli dusza nie ma siły na konfrontację z twardym realem Ziemi, to pewnie siedzi w jakimś niebiańskim kącie i zazdrości rozwoju dzielniejszym towarzyszom.

No, ale dusze wszystkich nas zaryzykowały, zakasały rękawy i zeszły na Ziemię.

Wybrały nasze kochane ciało, wraz z jego szalejącymi emocjami i zakodowanym w nas dziedzictwem ziemskich przodków i próbują wpasować się ze swoimi celami w swój narowisty, ziemski rydwan.

 To nie jest łatwe zadanie.

 

Dynamiczna fuzja ciała i duszy

Dusza ma swoją osobowość, swój temperament, swoją inteligencję, swoje wady i zalety. To nie jakaś ugrzeczniona nudziara, to nie anonimowy, świetlisty klon bez wyrazu. To niepowtarzalna osobowość. A nawet osobistość. Członek kosmicznej społeczności, obywatel Uniwersum. Mieszkaniec innego świata z indywidualnym życiorysem, kręgiem niebiańskich przyjaciół i zaawansowanym programem szkoleniowym w toku. W końcu Anioł Stróż to nikt inny jak członek akademickiego grona naszego świetlistego uniwersytetu. Nauczyciel z wyższych wymiarów, który na czas ziemskiej próby obiecał nam dyskretne wsparcie.

Nie ma dwóch jednakowych dusz. Każda dusza chce się rozwijać, dojrzewać i doskonalić. Decydując się na przygodę na naszej planecie ma jasno sprecyzowane plany, co chce opanować i jakie wyzwania podjąć. Taka jest jej misja na Ziemi.

Ale ciało to też zwierzak z charakterem. Ma swoje IQ oraz ognisty temperament, który wiecznie szuka zaspokojenia. Jest miotany przeróżnymi emocjami i znajduje przyjemność w tej szalonej przejażdżce na karuzeli uczuć. Pali go pożądanie, gna namiętność do fizycznych trofeów, krew wartko krąży w żyłach. To osobnik mocno zajęty własnymi interesami na planecie Ziemia.

Wybierając konkretne ciało, dusza sporo ryzykuje. Zna mniej więcej możliwości swojego fizycznego „wehikułu”, wie z czym będzie się musiała mierzyć, ale wraz z opuszczeniem domu dusz, jest praktycznie zdana na fanaberie i wolną wolę materii fizycznej. Od tej chwili jej świetlista świadomość łączy się ze świadomością fizycznego ciała i tu, na Ziemi, zaczynają działać jako świadomość wspólna. A to oznacza – w znakomitej większości przypadków – totalną amnezję. Człowiek nie pamięta zadań duszy, na ogół nie zdaje sobie sprawy ze swojego niezwykłego mieszkańca. Niektórzy ludzie nigdy nie łapią kontaktu z najbardziej drogocenną częścią samych siebie.

Kiedy dusza opuszcza swój duchowy dom i świetlistą pępowiną schodzi do wybranego przez siebie ciała, zachodzi fenomenalne zjawisko – dwie całkowicie różne materie łączą się w jedną, wielowymiarową całość. Dwa światy o zupełnie innych ładunkach energii tworzą zjawisko, które ma w sobie wszystkie piętra Stworzenia – od elementarnych cząsteczek Ziemi, po oślepiające Źródło w Niebie.

Każde piętro ma inną częstotliwość energii. Od niskich wibracji ziemskich, po coraz wyższe frekwencje kolejnych kręgów kosmosu, aż po mega-moc samego epicentrum Stworzenia.

Świetlista materia duszy wibruje znacznie szybciej niż fizyczny płód, ale dusza ma do dyspozycji kilka bezcennych miesięcy w łonie matki, żeby przystosować się do nowych i niekoniecznie komfortowych warunków. Czuje ciężką grawitację Ziemi, poznaje swoje nowe ciało, bada możliwości mózgu. Pewnych rzeczy zwyczajnie nie przeskoczy – inteligencji szarych komórek, gibkości lub słabości fizycznej, temperamentu. Musi się dostosować i liczyć na dobre stosunki z ciałem, swoim ziemskim pojazdem. Pamięć wspólnej wędrówki na zawsze wpisze się w matrycę duszy. To, czego razem dokonają, będzie jej progresem lub porażką. Od momentu zejścia w świat fizyczny, jest zdana na współpracę z ciałem.

To dzięki ciału dusza chodzi po górach, bierze w ręce długopis, pędzel, dotyka dłoni innego człowieka, otwiera i zamyka drzwi. Potrzebuje swojego ciała, żeby żyć w ziemskim świecie. I chociaż jest świetlistą mądralą, to tu, na Ziemi, bez swojego umięśnionego komandosa – ciała… nie miałaby co robić. To dzięki ciału żyje i korzysta z życia. Może zbierać doświadczenia i ewoluować.

Wszyscy sporo wiemy o ciele. Wiemy, że ma mózg, mięśnie, układ nerwowy, zmysły. Komórki, łańcuchy DNA, organy, płyny ustrojowe i tysiące innych tajemnic, o których uczą nas na lekcjach biologii w szkole. Tego czego nikt nie mówi dotyczy faktu, jak się to wszystko ma do naszego świetlistego pasażera, który jest na naszym pokładzie obecny tak samo jak mózg czy śledziona.

Gdzie w naszym ciele mieszka dusza?

Otóż według Hildegardy dusza mieszka w okolicy serca.

Serce jest naszym wewnętrznym organem, najmocniej połączonym z duszą. Zawsze pierwsze odczuwa jej radość lub smutek. Ściska go trwoga, kiedy dzieje się coś złego. Czuje się lekko, kiedy wszystko idzie dobrze. Przy całej reszcie naszego biologicznego rynsztunku, jawi się jako jej paź i powiernik. Zawsze razem połączeni, zawsze do siebie przytuleni. Ona jego oknem na wszechświat, serce Jej łącznikiem z tu i teraz.

Serce razem z duszą to nasze wrota do wyższych, duchowych światów. Nasz portal do innych wymiarów. Winda do niezmierzonej wiedzy, telefon zaufania, źródło odpowiedzi, których szukamy i rozwiązań, których pragniemy.

Dusza nigdy nie przestaje być obywatelem świetlistej rzeczywistości. Ma tam swoich towarzyszy i przewodników. W tym sensie część nas jest ZAWSZE i na Ziemi… i w wyższych wymiarach.

Raz na jakiś czas rodzi się człowiek z ponadprzeciętną percepcją wszystkich tych światów. Żyje i rośnie wśród ludzi, ale świadomością ogarnia również obszary anielskie. Takimi osobami była niewątpliwie Hildegarda z Bingen i Jej mistrz, Jezus z Nazaretu.

Jednak znakomita część nas musi z mozołem rozpoznaćw sobie duszę i zawalczyć o jej prawa. Przez wiele lat w ogóle nie zdajemy sobie sprawy ze spolaryzowanego środowiska w głębi samego siebie.


Książkę możesz kupić w naszej księgarni internetowej >> BIAŁY WIATR


Copyright © 2016 for Polish edition by Wydawnictwo Biały Wiatr

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana, ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich.