Związki Nowej Ziemi

Część I: Skąd się tu wzięliśmy

Rozdział 1: Związki nie są dla wszystkich

Książka, którą trzymasz w ręku została napisana po to, aby pomóc ci tworzyć wspaniałe i spełnione związki. Choć skupia się ona na relacjach roman- tycznych, dużą jej część można zastosować do każdego rodzaju związku – między przyjaciółmi, członkami rodziny, uczniami, współpracownikami itd. Jednak najważniejszym związkiem jest ten, który masz z samym sobą – ponieważ z niego wypływają wszystkie inne. Jeśli on jest udany, w naturalny sposób odniesiesz sukces we wszystkich relacjach.

Słyszałem kiedyś jak Werner Erhard, lider osobistej transformacji lat siedemdziesiątych i osiemdziesią- tych, powiedział – Związki są jak wspinanie się po górach – nie są dla wszystkich ludzi. Zwaliło mnie to z nóg! Jak to możliwe, że związki mogą nie być dla każdego lub przynajmniej nie dla większości?

Moja ex-małżonka i ja byliśmy kiedyś przekonani, że znaleźliśmy niezwykły – taki po samą wieczność i na zawsze – związek. Sami stworzyliśmy piękne, głęboko poruszające przysięgi małżeńskie, a nasz ślub był bajeczny – z dziesiątkami członków rodziny i przyjaciół, którzy nieustannie powtarzali, jak cudowną tworzymy parę. Naprawdę mieliśmy cudowny związek i wiedzieliśmy o tym. Nie wiedzieliśmy jednak, że nawet w najlepszych relacjach pełno jest turbulencji i stromych schodów.

Myśleliśmy, że skoro związek rozpoczął się wspaniale i otacza go ta niewidzialna „magia”, wszystko automatycznie pozostanie cudowne i doskonałe. Boże, ależ byliśmy w błędzie! Myliliśmy się podobnie jak niezliczona ilość innych par, będących w „bajecznych” z pozoru związkach, a nasze małżeństwo wykoleiło się dramatycznie już w pierwszym roku. W fatalny sposób połączyliśmy arogancję z brakiem świadomości. Po jedenastu, stresujących latach bycia razem i prób sprawienia, by wszystko jakoś grało, rozwiedliśmy się.

Być może od jakiegoś czasu też jesteś w związku. Może, póki co wszystko układa się wspaniale. Ale dodaj do tego kilka następnych lat, dzieci, pożyczkę na mieszkanie, stres w pracy, pokusę ze strony innych osób i zobacz, gdzie wtedy się znajdziesz. Wcale nie twierdzę, że twój związek nie jest trwały i cudowny. Po prostu pytam czy myślisz, że jesteś odporny na realia i sytuacje, które mają wpływ na każdą parę. Szanse są niewielkie. Jeśli wydaje ci się, że są większe niż jeden-do-dziesięciu, prawdopodobnie oszukujesz sam siebie.


Będąc w początkowym etapie związku, ludzie często, w najlepszym razie, bujają w obłokach, a w najgorszym wykazują arogancję. Jakie są szanse, że ich poziom szczęścia utrzyma się? Dziesięć procent? Pięć? Jeden  na  sto?  Z  50-cio%  wskaźnikiem  rozwodów w Stanach Zjednoczonych (a ostatnio dowiedziałem się, że wynosi on nawet 75% w niektórych regionach, np. San Jose w Kalifornii!), perspektywy nie są zbyt świetlane. Pamiętaj też, że pozostałe 50% tych, którzy ze sobą pozostają, niekoniecznie trwają w szczęśliwych relacjach i są w sobie zakochani do szaleństwa. Wszyscy znamy ludzi, którzy żyją w dysfunkcyjnych, pełnych nadużyć lub współzależności związkach oraz takich, którzy myślą, że nawet byle jakie małżeństwo jest lepsze, niż samotność. Tylko niewielki procent pozostających ze sobą par żyje w głęboko kochających i pełnych namiętności związkach.

Tak czy owak krajobraz relacji międzyludzkich wcale nie musi być tak ponury. Jeśli ty i twoja partnerka zagłębicie się w materiał zawarty w tej książce i wy- konacie proponowane ćwiczenia, możecie przechylić szalę na swoją stronę. Co więcej, odkryjecie cudowny, nowy sposób życia.

To zupełnie normalne, że ludzie, którzy są ze sobą w szczęśliwej relacji od roku lub dwóch, myślą, że wszystko mają poukładane. Zazwyczaj okazuje się, że tak nie jest. Zamiast podlewać drzewko swojego związku, zaczynają zrywać jego owoce. To bardzo smutne, że w czasie, który mógłby być wykorzystany na rozwijanie umiejętności pomocnych w utrzymaniu i rozwoju miłości i namiętności, nowe pary pozostają nieświadome wielu czynników, które na nie wpływają. To tak jakby pozwolić dziecku bawić się bez nadzoru piłą motorową. Chociaż pierwsze kawałki drewna mogą być przycięte idealnie, tragedia wisi w powietrzu.

Kiedy miłość w końcu umiera, niegdyś zakochana para twierdzi, że było to nieuniknione albo że to wina drugiej osoby, zwykła konsekwencja odwrócenia się od siebie albo coś określane jako „różnice charakterów” – prawne formułki podsumowujące, dlaczego związek się rozpadł. Zostają więc tłumaczenia, dlaczego się nie udało. Jednak takie wyjaśnienia nie mają żadnego sensu i wartości, bo jest mało prawdopodobne, że kolejny związek lub związki będą bardziej udane.

Lubisz analizy i wyjaśnienia? Sam miałem ich pewnie ze sto, chcąc znaleźć przyczynę rozpadu mojego małżeństwa. I zgadnij jakie one były … tak, wszystkie przerzucały odpowiedzialność na partnerkę. Dopiero, gdy zacząłem inaczej patrzeć na kwestię własnej odpowiedzialności w partnerstwie przeżyłem przełom, który umożliwił mi bycie w innym związku – takim, który daleko wykraczał poza moje ograniczenia i to co w ogóle uważałem za możliwe.

Jeżeli obecnie żyjesz w szczęśliwym związku, właśnie teraz jest czas, aby poznawać umiejętności i narzędzia, aby twoja relacja była długotrwała, pełna miłości, namiętności i spełnienia. Jeśli natomiast już teraz czujesz się mniej niż szczęśliwy, to jest ten moment, najwyższy czas, abyś zaczął to naprawiać.

Kilka lat temu, specjalnie dla współczesnego, pędzącego świata, stworzyłem interaktywną witrynę on-li- ne, zwaną LovePong (www.LovePong.com). Opiera- jąc się na mądrości specjalistów d/s związków, portal ten  stał  się  źródłem  intymnych  porad,  coachingu oraz nieustannej zachęty, aby utrzymać ciebie i two- ją partnerkę w pełnej miłości relacji, przez długi czas. Temu ma służyć również ta książka. Związki Nowej Ziemi  umożliwiają  głębsze  oraz  bardziej  osobiste

spojrzenie na kreowanie nowego kontekstu dla budo- wania relacji i dostarczają większego wglądu w sposoby efektywnej komunikacji.

Zakochać się to jedno, ale trwać w miłości to coś zupełnie innego. W tym drugim przypadku chodzi o opanowanie tego, jak w nieustanny i świadomy sposób „kreować” miłość dla siebie nawzajem. Oczy- wiście, na początku, gdy jesteś zakochany, wszystko wydaje się łatwe. Lecz kiedy to zblednie, a drobiazgi staną się problemami, właśnie wtedy potrzebujesz silnego nawyku korzystania z umiejętności zdrowej komunikacji, by utrzymać właściwy kurs.

Nie mogę dać gwarancji, że ta książka albo portal LovePong uczynią cię idealnym partnerem. Nie mogę też zapewnić, że którekolwiek z proponowanych narzędzi sprawi, iż rozwiążesz wszystkie swoje kłopoty. Mogę jednak obiecać, że jeśli ty i twoja partnerka będziecie używać zalecanych technik przez kilka mi- nut tygodniowo, rozwiniecie nawyk szczerej, autentycznej i intymnej komunikacji. Ten nawyk oraz całe zrozumienie, które za nim podąży, będą służyły wam dobrze we wszystkich sytuacjach. Wracając do słów Erharda, że – związki są jak wspinanie się po górach

i nie są dla wszystkich. Jeśli podejmiesz decyzję, aby zmierzyć się z jakimś szczytem, będziesz potrzebować kilku niezawodnych narzędzi do tej wspinaczki. Taki jest zamysł i życzenie kryjące się za LovePong oraz Związkami Nowej Ziemi – zredukowanie cierpienia oraz podwyższenie poziomu namiętności i radości w intymnych związkach.

 

Rozdział 2: (Bardzo) krótka historia związków

Do czasu kiedy po raz pierwszy zinstytucjonalizowano związki małżeńskie, zakochane (lub ze- swatane) pary łączyły się zazwyczaj w wieku około trzynastu lat, a ich pierwsze dziecko rodziło się po roku. Jeśli kobieta miała wystarczająco dużo szczęścia i przeżywała poród, związek mógł trwać kolejne kilka lub kilkanaście lat, zależnie od różnych czynników – na przykład umiejętności mężczyzny do polo- wania oraz tego czy któreś z nich w międzyczasie nie zostało pozbawione życia przez jakieś dzikie zwierzę.

Mówiąc o początkach związków mam na myśli to, że gdy pierwszy raz pojawił się pomysł spędzenia ze sobą reszty życia, nie było to aż tak długotrwałe cza- sowo zobowiązanie. Nie brano nawet pod uwagę ta- kich okresów jak dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat.

Przyspieszmy teraz do początków XX wieku. Jak się wydaje, istniało wtedy kilka rodzajów związków – pardon, jeśli zbytnio to upraszczam – ci którzy, byli ze sobą z powodu nieustannej walki o przetrwanie, ci którzy pozostawali pod mocną presją społecznych konwenansów (rozwód oznaczał wtedy poczucie wstydu oraz możliwość wykluczenia z własnej społeczno- ści) i wreszcie ci, należący do elity, którzy zdawali się myśleć, że gdy już znudzisz się swoją dotychczasową partnerką/partnerem, znalezienie kogoś innego jest jak najbardziej w porządku, w myśl zasady nie-pytaj-nie-mów-nikomu.

Okres II Wojny światowej dał mężczyznom nową perspektywę w sposobie postrzegania kobiet, a kobie- tom nowe spojrzenie na siebie. Pozostawione przez partnerów, którzy ruszyli na wojnę, kobiety zdały sobie sprawę, że potrafią same dać sobie radę. Niektóre z nich umiały nawet obchodzić się z bronią i brały udział w działaniach wojennych. Dzielni żołnierze powracali więc do domów oraz związków nowego typu. Choć w większości przypadków kobiety, które pracowały w fabrykach, znów zaczęły zajmować się wychowaniem dzieci (oddając swoje zajęcia powracającym weteranom), doszło do zmiany tego, jak obie płcie postrzegały same siebie oraz siebie nawzajem. Na pierwszy plan wysunęła się kwestia wolności kobiet, jako że coraz więcej z nich zdobywało wyższe wykształcenie i decydowało o swoich zarobkach. Zbiegło się to z wynalezieniem tabletek antykoncepcyjnych oraz ustanowieniem praw wyborczych dla kobiet w nadchodzących dekadach.

Wraz z kobiecą niezależnością, w tkaninie związków pojawiła się poważna zmarszczka. Ego mężczyzn wiążących się z dużo mniej podległymi im kobietami, stało się zagrożone, co spowodowało, że romantyczne związki weszły w fazę metamorfozy. Zaczął się wyłaniać i nadal wyłania, nowy rodzaj mężczyzn (oraz kobiet). W obronie nas, samców, muszę powiedzieć, że te wielkie społeczne przemiany w rolach damsko-męskich, były i są trudne dla mężczyzn. Nadal oczekuje się, że będziemy silni, twardzi i pełni mocy (właśnie to przyciąga do nas kobiety), a jednocześnie czuli, wrażliwi, empatyczni, a nawet ulegli. Pamiętam, jak w latach 80-tych, mieszkając w Northampton, Massachusetts, w samym centrum ruchu feministyczne- go, miałem dylemat czy ustąpienie kobiecie miejsca w drzwiach będzie postrzegane jako akt uprzejmości czy obrazy – zostanę obdarzony uśmiechem czy raczej spoliczkowany? Pewnego razu, zapytałem nawet świeżo upieczoną mamę czy jej dziecko to „chłopiec czy kobieta.”

Kiedy role kobiet i mężczyzn ewoluowały, w tym samym czasie działo się coś jeszcze, co wywierało wielki wpływ na poziom świadomości. Wraz z Rewolucją Przemysłową oraz podniesieniem poziomu życia w naszym kraju, coraz więcej ludzi zdobywało możliwość, aby wysłać dzieci na studia – w wielu przypadkach w ogóle po raz pierwszy. Odnoszący finansowe sukcesy absolwenci, rodzili i wychowywali coraz więcej odnoszących sukcesy absolwentów. Nie mając żadnych poważniejszych wrogów osobistych, bez zmartwień natury materialnej oraz możliwości zagrożenia wojną, ludzie zyskiwali coraz więcej wolnego czasu – dlatego lata ’60 i ’70 przyniosły rozkwit ruchowi osobistej transformacji.

Wielu z nas przeniosło się z „dekady ja” w latach ’70 do ery wielkiego konsumpcjonizmu lat ’80 i ’90, która trwa do dziś. Niemal każdy z nas kupił już wirtualnie wszystko, co tylko można kupić za pieniądze, jednak nadal doświadcza przytłaczającego poczucia pustki. Szukamy głębszego sensu życia. Więcej osób niż kiedykolwiek wcześniej, chodzi na terapie uzdrawiania

starych ran lub szuka pomocy u doradców/trenerów, aby lepiej radzić sobie ze stresującym życiem. Poszukujemy nowych metod uzdrawiania, praktyk duchowych, technik samodoskonalenia oraz „ucieczki” od codziennego życia. I wcale nie jest tak, że życie zatrzymuje się,  abyśmy mogli je dogonić. Wszystko zmienia się szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas kilku miesięcy pisania tej książki, w Kalifornii, parom tej samej płci przyznano, a następnie odebrano prawo do pobierania się, a syn ludzi różnych ras został wybrany prezydentem Stanów Zjednoczonych. Bez wątpienia jeszcze jakieś pięćdziesiąt lat  temu  wielu  ludzi  byłoby  przeciwnych  ślubowi rodziców Baraka Obamy. Cóż, w tamtych czasach większość ludzi wyraziłaby jawny sprzeciw lub co najmniej milczącą dezaprobatę. Wtedy, nie było to po prostu „właściwe”. A jednak związek tamtej pary, jakkolwiek krótki, dał życie naszemu czterdziestemu czwartemu prezydentowi.

Jak możemy przystosować siebie oraz nasze związki do tak szybko zmieniającego się świata? Jaki jest cel oraz możliwości nowoczesnego partnerstwa? To pytania, nad którymi zastanawiają się dziś Ameryka- nie i przedstawiciele każdej innej nacji. I zakładam, że dlatego właśnie czytasz tę książkę – aby stworzyć mi utrzymać pełną mocy, pasji i  zaangażowania relację ze swoim partnerem i z samym sobą.

Tytuł  tego  rozdziału  obiecuje  krótką  historię,  tak więc celowo ominąłem kilka tysięcy lat. Są one nie- istotne z punktu widzenia tego, co chcę powiedzieć – życie w parach miało swój początek dawno, dawno temu, z czasem ulegając poważnym zmianom, które trwają do dziś. Niestety nasze instytucje związane z relacjami międzyludzkimi oraz zdolność do asymilacji zmian wypływających z poszerzania świadomości nie ewoluowały.

Współcześni Amerykanie są najbardziej pazernymi ludźmi w historii ludzkości. Typowy, dorosły człowiek klasy średniej żyje lepiej, niż król czy królowa dwieście lat temu. Gorące prysznice, kanalizacja, ogrzewanie i klimatyzacja, lodówki, wygodne samo- chody, niesamowite systemy muzyczne, setki kana- łów dostępnych przez satelitę, sprawna policja oraz straż pożarna, równe drogi, zaawansowana opieka zdrowotna, itd. Żyjemy wygodniej niż dawna arystokracja i to bez ówczesnych nacisków i zagrożeń. (Ja w tym tygodniu nie musiałem zamawiać żadnego ścinania głów, a ty?) Lecz czy jesteśmy równie szczęśliwi jak królowie? Nawet trochę? W zasadzie nie.

Co zaskakujące, nadal pochłaniamy i zdobywamy więcej i więcej – najnowsze, elektroniczne gadżety, coraz bardziej wypasione samochody, większe domy, luksusowe wakacje – tak jakby którakolwiek z tych rzeczy miała trwale nas uszczęśliwić. A skoro już więcej kupujemy, to może by tak więcej partnerów seksualnych? Ostatnio mój przyjaciel podzielił się prze- konaniem, że monogamia odchodzi do lamusa. Kilka lat temu sam głosiłem podobne twierdzenia, jednak odkryłem, że w istocie to właśnie monogamia jest bardzo niedoceniana. Więcej kochanków i partnerów seksualnych wcale nie daje głębszej satysfakcji.

Czy wiedza, że posiadanie większej ilości rzeczy i kochanków nie czyni nas szczęśliwszymi, kiedyś się przyjmie? Branża reklamowa na pewno do tego nie dopuści! Przyjrzyjmy się informacjom, które już od najmłodszych lat serwują nam media. Na przykład skandalicznie przesycone seksem reklamy „Victoria’s Secret’s”, które emituje się w pasmach najwyższej oglądalności, nie wspominając już, że tak zwane pro- gramy familijne mają wątpliwą wartość prorodzinną. Co więcej, prawie niemożliwe staje się ograniczenie dostępu do treści pornograficznych dla dzieci i nastolatków w Internecie, a wielu dorosłych uzależnia się od oglądania pornografii i uczestniczenia w seksualnych chatach on-line z nieznajomymi. Bycie pod ciągłym „ostrzałem” pornograficznych oraz półpornograficznych treści otępia nasze zmysły na to, co realne. Prawdziwi kochankowie wydają się nie mieć żadnych szans. Przykro mi Brad, ale jakkolwiek olśniewająca jest Angelina, wcześniej czy później zblednie wobec całego grona zastępczych kochanek, depczących ci po piętach czy to przed ekranem telewizora czy w twoim kolejnym filmie. (Tak naprawdę, Brad i Angelina być może coś zrozumieli. Wydaje się, że wykorzystują swój związek, aby dokonać zmian w świecie – co jak wkrótce wykażę, jest jedną z najpotężniejszych rzeczy, którą może zrobić para).

Kondycja romantycznych związków w naszym kraju jest na bardzo niskim poziomie i wygląda na to, że obniża się z każdym dniem. Pokusy Hollywood, nu- mery telefoniczne 976 i rozpusta w Internecie – choć wszystkie z tych rzeczy mogą być podniecające – oddalają nas coraz bardziej od tego, co prawdziwe i na- prawdę satysfakcjonujące. A więc przyjrzyjmy się temu, co rzeczywiście może uczynić nas szczęśliwszymi.

 

Rozdział 3: Pełen mocy fundament  dla związków

Pozaspełnieniem podstawowych potrzeb związa- nych  z  przetrwaniem  (schronienie,  pożywienie, ubranie, zdrowie), co jeszcze czyni nas szczęśliwymi?

Oto krótka lista.

  • Poczucie bycia kochanym.
  • Czucie się wartym miłości, wartościowym i zdolnym do przyjęcia czyjejś miłości.
  • Poczucie równowagi i wewnętrznego spokoju.
  • Poczucie jedności z wszechświatem.
  • Bycie użytecznym – świadomość, że to co robię ma znaczenie.

 

Jeśli chcemy czuć spełnienie i satysfakcję, właśnie w takie wartości powinniśmy inwestować swoją energię. A jeśli chcemy to zrealizować, musimy nauczyć się, jak być autentycznie obecnym oraz wdzięcznym.

Jeśli potrafisz tego dokonać żyjąc w samotności i bez pracy nad sobą, przyjmij moje gratulacje. Jednak dla większości z nas, głównym chyba celem bycia w związku jest to, że wspiera on naszą intencję pracowania nad sobą. Związek Nowej Ziemi stawia przy nas kogoś, kto powciska nasze guziki, abyśmy musieli się nimi zająć. Związek Nowej Ziemi pozwala uzyskać pozytywne oraz negatywne informacje zwrotne, których potrzebujemy, aby dostroić się do własnego wyższego celu. A wreszcie, Związek Nowej Ziemi stawia przy nas prawdziwego partnera, będącego opar- ciem w dobrych i złych chwilach.

Czasami wszystko, czego tak bardzo pragniemy, znajduje się dokładnie pod nosem, jeśli tylko pozwolimy sobie to zobaczyć. Myślę, że wielu z nas ciągle się z tym zmaga. Kiedy sam tego doświadczałem, na- pisałem do mojej partnerki:

Kiedy dzień się dłuży
A ludzie już nie są tacy fajni W półmroku jedziesz do domu Wyglądając nieobecnego księżyca W szary, ponury dzień
Z obolałymi kolanami
Jest ci jakoś zimniej, niż przedtem Odganiasz dzisiejszy ból głowy Kolejną tabletką Anacinu
Kiedy wciskasz pedał gazu
Milionowy raz Wjeżdżając do wąskiego garażu I dźwigając zbyt wiele
Toreb z ubraniami, jedzeniem, kosmetykami
Otwierasz swoje drzwi
Do zimnych, ciemnych pokoi I wspinasz się po schodach Aby zdjąć swą twarz
I z jakiegoś powodu Rzucasz zimne, szorstkie, może Zbyt bliskie spojrzenie na siebie I myślisz, o mój Boże
Starzeję się
A gdy się poruszysz Delikatnie usuwając się Sprzed lustra
Zamiast siebie, widzisz mnie stojącego za Tobą
Z uśmiechem
I myślisz sobie
Może choć raz w całym życiu Mogłabym pozwolić sobie Na tę jedyną rzecz, której Zawsze mówiłam, że chcę.
I kiedy ja patrzę na Ciebie w lustrze Widzę dużo więcej Niż piękną kobietę
Widzę wspaniałą, utalentowaną Uczynną duszę, która może Spotkać mnie tam gdzie żyję
I to sprawia, że myślę Może choć raz w całym życiu Mógłbym mieć dla siebie
Tę jedyną rzecz, o której
Zawsze mówiłem, że chcę.

Dla mnie to prawdziwy cud, że dotarliśmy z JoAnn do miejsca, w którym w pełni sobie ufamy, autentycznie dzielimy się darem słuchania i kochamy nawzajem miłością bezwarunkową – tacy jacy jesteśmy. A wszystko mogło skończyć się dużo bardziej dramatycznie, o czym przeczytacie w następnych rozdziałach.

 

Rozdział 4: Czym jest oświecenie?

jest oświecenie? To istotne pytanie. Najlepsze pytania to takie, które powodują, że szukamy odpowiedzi. I chociaż chciałbym zachęcić cię, abyś zachował powyższe pytanie jako pytanie, tak długo jak możesz, zamierzam teraz trochę zaprzeczyć sam sobie i dostarczyć ci odpowiedzi. Oczywiście nie po- dam jedynej słusznej – tylko taką, która pozwoli nam wyruszyć w dalszą drogę, z miejsca wspólnej definicji, stworzonej na potrzeby tej książki. A gdy już do- trzemy do końca, poproszę cię, abyś wyrzucił z głowy moje określenie i sam ponownie powrócił do pytania.

W swojej bestsellerowej książce Nowa Ziemia, Eckhart Tolle mówi o oświeceniu jako o pewnym poziomie świadomości. Mówi, że oświecenie jest dogłębnym  rozpoznaniem  naszego  połączenia  z  każdym i wszystkim, zdolnością bycia w ciszy oraz obecnością w chwili Teraz, a także rozpoznaniem roli ego, taką jaka jest, bez zatracania się w jego skłonnościach do przetrwania. Jestem wielkim sympatykiem tej książki i gorąco ją polecam. Mam w sobie wielką wdzięcz- ność dla Eckharta za to, jak jego wglądy pomogły mi rozszerzyć własną świadomość. Teraz, gdy stoję w korku i jestem spóźniony na spotkanie, zamiast wpadać w furię, potrafię wziąć głęboki oddech, być obecnym i otwartym na piękno dokoła mnie, ogrom wszechświata i dar bicia własnego serca.

Na potrzeby tej książki, wystarczy powiedzieć, że oświeceniem jest po prostu bycie w lepszej komunikacji ze sobą, innymi oraz otoczeniem. Za każdym razem, gdy zauważasz coś w sobie, jesteś oświecony. Za każdym razem, gdy dostrzegasz piękno drze- wa, kwiatu czy zachodu słońca, jesteś oświecony. Za każdym razem, gdy odnosisz się do swojego partnera z miejsca wyższej świadomości, zamiast reagować odruchowo, jesteś oświecony.

Jeden z moich przyjaciół lubi mówić o oświeceniu jako o  „byciu w kontakcie i harmonii z wszechświatem”. Wcześniej wydawało mi się to czymś bardzo abstrakcyjnym. Zastanawiałem się – Co to do cholery znaczy? Czym jest „wszechświat”? Jeśli nie jestem nawet w stanie być obecny na spotkaniu w pracy, jak mógłbym być w kontakcie z kosmosem? Prawda jest jednak taka, że nie tylko jesteśmy „we” wszechświecie (Ziemia jest planetą, itd.), ale każdy z nas jest jego integralną częścią – w każdym calu – tak samo jak słońce, księżyc, Saturn, Pluton, wszystkie galaktyki i gwiazdy.

Myślę, że „bycie w kontakcie i harmonii z wszech- światem” oznacza, że czujemy połączenie, jako część całości. To coś, jak siedzenie w gumowym pontonie, kiedy nurt niesie cię delikatnie, płynąc z energią rzeki. Tak samo możemy płynąć z energią wszechświata.

Widziałem niedawno zdjęcie neuronów w mózgu szczura, umieszczone obok fotografii galaktyki, oddalonej o miliony lat świetlnych. To niesamowite, ale były tak bardzo podobne, że nie mogłem ich odróżnić. W istocie, wielu naukowców uważa, że nie tylko jesteśmy częścią wszechświata, ale każdy z nas jest miniaturową manifestacją całego wszechświata.

Dlaczego zatem miałbyś myśleć, że jesteś czymkolwiek mniej? Czy pozostajesz w łączności i harmonii z wszechświatem? Czy nie byłoby czymś bardzo odpowiednim, aby każdy związek z drugim człowiekiem pomagał wspierać się wzajemnie w byciu w takiej łączności? Jak mówi Max Ehrmann w Dezyderacie – Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż drzewa i gwiazdy; masz prawo tu być.

Jill Bolte Taylor badała mózg od wielu lat, kiedy w 1996 roku dotknęła ją ciężka postać udaru. Wylew spowodował wyłączenie lewej półkuli – części odpowiedzialnej za mowę, logikę i analityczne myślenie. Kobieta  opisuje  szczegóły  i  płynący  z  nich  wgląd w działanie ludzkiego mózgu w swojej bestsellerowej książce My Stroke of Insight. Przez kilka miesięcy nie była w stanie mówić, chodzić czytać, ani pisać i miała amnezję. Nie używając lewej półkuli mózgu, przebywała w stanie ciągłej błogości. Pracując przez kolejnych osiem miesięcy nad uzdrowieniem urazu, rozwinęła zdolność łatwego przechodzenia w tę i z powrotem – między poziomem racjonalnego myślenia, a stanem całkowitego spokoju i szczęścia. Wielu z nas mogłoby to uznać za stan oświecenia. Faktycznie ten poziom jest cały czas dostępny nam wszystkim. Możemy doświadczyć własnego „udaru dającego wgląd”, jeśli zechcemy być w pełni obecni na piękno, zachwyt oraz cudowność każdej, bieżącej chwili. Na tym właśnie skupia się Nowa Ziemia Tolle’a – odłożenie na bok ego i pozwolenie na doświadczenie pełni teraz.

Wielu z nas wydaje się, że jedyną drogą do oświecenia jest mozolna praca nad sobą, przez całe ży- cie, podążanie za jakimś guru, doświadczenie stanu bliskiego śmierci lub oczekiwanie na światło, które przychodzi po długim odpoczynku na łożu śmierci. Czy istnieje coś takiego jak osiągnięcie „totalnego oświecenia” – pewnego rodzaju błogostanu, permanentnego stanu, w którym jesteśmy w harmonii ze wszystkim? Chciałbym wierzyć, że tak, ale wątpię w to. W istocie umieszczono nas na Ziemi nie po to, aby usilnie realizować jakieś cele, nawet te wzniosłe czy duchowe. Niestety większość o tym zapomina i stale próbuje gdzieś dotrzeć. A gdy już się tam znajdzie, rozpoczyna mozolną pogoń za kolejnym celem. My ludzie, wciąż staramy się zdobyć więcej rzeczy, więcej uznania, więcej oświecenia, itd., ale osiąganie tego wszystkiego, wcale nie daje nam autentycznego spełnienia, na które mieliśmy nadzieję.

Ja w każdym razie nie mam zamiaru dłużej się tym przejmować. W tym i tylko w tym dniu, pracuję nad tym, aby być bardziej oświeconą osobą, niż dzień wcześniej. W istocie to wszystko, co ja (my) możemy zrobić. To jedyne, co jest do zrobienia.

Czy mieliście kiedyś doświadczenie, aby ze stanu przygnębienia  i  poczucia  nieszczęścia,  obrócić  się o 180 stopni w tych samych okolicznościach i pozwolić sobie na radość? Ja pamiętam taki dzień. To przydarzyło się w październiku 1983 roku, kiedy po- proszono mnie o poprowadzenie krótkiego seminarium u kogoś w domu. Byłem wtedy wolontariuszem EST, wspaniałego programu, który pomagał ludziom w wewnętrznej transformacji. Osobie, która zorganizowała to gościnne seminarium udało się zaprosić tylko jednego uczestnika. Byłem wtedy w Bostonie, a organizator mieszkał w Vermont. Musiałem jechać trzy godziny, żeby poprowadzić seminarium dla jednej osoby. Kiedy moje usta powiedziały – Okej, zrobię to – mózg zaczął wariować – Co ty sobie wyobrażasz? Tracić sześć godzin na dojazd tylko dla jednej osoby? Nie masz nic lepszego do roboty w sobotę?

Przez pierwszą godzinę jazdy wręcz dymiło się ze mnie. Jednak w pewnym momencie zacząłem być bardziej  obecny.  To  był  niezwykle  piękny  dzień, więc zamiast skupiać się na tym, co mógłbym robić, zwróciłem uwagę na dzień sam w sobie i to co mnie otaczało. Im bardziej zbliżałem się do Vermont, tym piękniejsze w moich oczach stawały się drzewa. Kie- dy zjechałem z autostrady, nie mogłem uwierzyć ja- kie są olśniewająco wspaniałe. Nigdy nie widziałem czegoś tak pięknego i ten obraz rozczulił mnie do łez. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek był tak po- ruszony przez piękno natury. Organizator mieszkał w stodole, którą przerobiono na gustowny trzy-pokojowy dom – wprost cudowną przestrzeń dla intymnego seminarium. Organizator i zaproszona osoba byli wspaniali, a warsztat prowadziłem z radością. Dzięki większej uważności oraz świadomości siebie i otoczenia, doświadczyłem oświecenia. I wcale nie chodziło  o  uzyskanie  pewnego  stanu  czy  dotarcie w jakieś konkretne miejsce. Chodziło o bycie w pełni, tam gdzie jestem.

Tak naprawdę, możesz znaleźć się w związku swoich marzeń dokładnie w tej sekundzie i każdej innej. Jedyne co musisz zrobić, to mieć świadomość własnej wspaniałości oraz wspaniałości partnera. Jeśli po- zostajesz otwarty i obecny we własnej wspaniałości oraz umiesz otworzyć się na połączenie ze sobą, Bogiem (Źródłem, Wszechświatem, szerszym horyzontem, większym obrazem), wtedy twoje doświadczanie siebie oraz życia staje się bardzo głębokie. Kiedy pa- trzysz na partnera i nie widzisz tylko osoby, którą normalnie wsadziłbyś do jakiejś szufladki, ale kogoś, kto też jest połączony, osobę o nieskończonych możliwościach – ekspresji, kreatywności, czułości itd. – wspaniałość istoty, która jest przy tobie, może doprowadzić cię do łez.

Ta książka ma nauczyć cię właśnie tego. Do oświecenia samego w sobie nie jest ci potrzebna pomoc nikogo z zewnątrz, ale czy jesteś w stanie wyobrazić sobie lepszy cel dla związku? Ja nie.

Czy chciałbyś mieć to o czym od dawna marzysz? Czy możesz przyjąć, że najwyższym i najlepszym celem dla związku jest wsparcie jakiego udzielacie sobie nawzajem w byciu kimś przebudzonym? Jeśli tak, czytaj dalej.

 

Rozdział 5: Niebo na ziemi

Odbyłem całkiem sporo lotów ponad chmurami i osobiście nie wierzę, że gdzieś tam jest jakieś magiczne niebo, które czeka po śmierci na najlepszych ludzi. Jednak mam nadzieję że ono istnieje. I wtedy będę pierwszym, który powie – Boże, całkiem w Ciebie zwątpiłem. Przyznaję. Naprawdę mi przykro … ale czy wciąż mogę wejść?

Mam  wrażenie,  że  kiedy  fragmenty  Biblii  mówią o niebie i piekle, odnoszą się do naszych doświadczeń tu, na Ziemi. Przez większość czasu jesteśmy całkiem nieświadomi. Kręcimy się głównie wokół tego, co mamy do „zrobienia” – chodzenia do szkoły, zarabiania, znalezienia rozrywek, starania, żeby zdobyć więcej, dopasować się, być kimś innym i tak dalej. Jesteśmy tak bardzo zajęci robieniem, że zapominamy o byciu. Prawdopodobnie niektórzy z was nie mają pojęcia o czym mówię. Jeśli tak jest, to na- prawdę przyłóżcie się solidnie, żeby to zrozumieć. Zła wiadomość jest taka, że możecie być miliony kilometrów od miejsca, w którym chcielibyście się zna- leźć. Dobra – możecie pokonać ten dystans w mgnieniu oka.

Za chwilę opowiem, w jaki sposób straciliśmy połączenie, co może prowadzić do smutku, gniewu, depresji oraz apatii. Jak zobaczymy później, twój partner nie może być lekarstwem, które uzdrowi twoje cierpienie, ale może pomóc tobie uzdrowić samego siebie.

Zróbmy teraz małe ćwiczenie, aby sprawdzić czy po- trafisz – choćby tylko przez chwilę – pozwolić sobie na przebłysk oświecenia.

Zamknij oczy i skieruj uwagę do wewnątrz. Zauważ swój oddech. Skup się na nim. Wdychaj delikatnie, ale głęboko przez nos, przytrzymaj powietrze kilka sekund, a potem zrób wydech. Sprawdź czy możesz rozluźnić twarz, szczękę, klatkę piersiową, brzuch, nogi i stopy. Poczuj jak krew porusza się w twoim ciele.

Na  moment  wyobraź  sobie,  że  jesteś  w  jedności z wszechświatem. Czuj swoje stopy na podłożu, na planecie Ziemia. Zwróć uwagę na księżyc, planety naszego  układu  słonecznego,  gwiazdy,  galaktykę i dalej na resztę wszechświata. Pozwól sobie doświadczyć, że jesteś pełną, integralną i niezbędną częścią całej kreacji. Bez względu na to czy znasz swój cel bycia tutaj, bezsprzecznie właśnie tu jesteś. Jesteś częścią całości.

Jak powiedział John Donne,

Żaden  z   ludzi   nie   jest   samotną   wyspą; każdy    człowiek   jest   ułamkiem   kontynentu, cząstką całości.

Kiedy przybyłeś na ten świat, byłeś połączony. Nic nie miało nazwy. Wolny od etykietek, mogłeś doświadczać rzeczy w ich prawdziwej esencji. Wszystko było magiczne i cudowne. Byłeś w niebie na ziemi.

Teraz daj sobie chwilę, aby poczuć to pierwotne połączenie. Weź kolejny, głęboki wdech i wyobraź sobie siebie jako część świata. Poczuj to. Zachwyć się niezwykłością tego mechanizmu, którym jest ludzkie ciało. Z każdą sekundą twoje serce wybucha, pompując krew i utrzymując cię przy życiu. Bierzesz głęboki wdech i wypełniasz płuca powietrzem, napełniając krew tlenem. A ona płynie z serca do czubka głowy oraz koniuszków palców u stóp i z powrotem.

Zachwyć się swoim sercem, bijącym w każdej sekundzie twojego życia. Poczuj krew przemierzającą twoje ciało. Każda krwinka jest częścią całości. Każda molekuła tlenu, którym oddychasz jest częścią całości. Twoje ciało jest wszechświatem samym w sobie.

Uświadom sobie swoją jedność i czuj jak łączysz się ze wszystkim na jeszcze głębszym poziomie, gdy bierzesz kolejny wdech. Pozwól słowom Johna Donne przeniknąć cię na wskroś. Wdychaj je w płuca i pozwól im płynąć w twoich krwinkach, przez całe ciało.

 

Żaden człowiek nie jest samotną wyspą; każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon:bije on Tobie.

 

Donne napisał te słowa dla ciebie. Wskazują na to wyraźnie dwa końcowe wersy. Teraz przeczytaj ponownie  cały  poemat,  szczególnie  akcentując  ostatnie zdanie. Weź kolejny, głęboki, delikatny wdech i pozwól słowom wniknąć w twoje ciało. Czy możesz doświadczyć siebie, jako część całości? Czy potrafisz być tym, „dla kogo biją dzwony?” Czy możesz pozwolić sobie, choćby przez mgnienie oka, na przebłysk oświecenia?

 

Rozdział 6: Jak to się zaczęło (dziura w twoim sercu)

A więc rodzisz się w pełnym połączeniu z wszech- światem, całkowicie niewinny i dostępny, jak czyste płótno, otwarty na doświadczanie. Potem wydarzają się rożne rzeczy i pojawia się ból. Płaczesz, ale nikt nie przychodzi. Ktoś zabiera ci lizaka. Widzisz, jak samochód potrąca twojego psa. Starszy brat odrywa główkę twojej lalce Barbie. Umiera jedno z rodziców. Ojciec daje ci klapsa. Rodzaj stymulacji nie ma znaczenia. Nawet gdy jest to coś, co teraz wydaje się śmiesznie trywialne, sprawia, że się zamykasz. Bronisz się i stajesz się bardziej protekcjonalny, mniej otwarty. Czujesz smutek, zgorzknienie, gniew, strach. Wstydzisz się. Zaczynasz wierzyć, że nie za- sługujesz na miłość.

Zazwyczaj  jeszcze  przed  ukończeniem  czwartego roku życia, wszyscy przeszliśmy przez typowe, wczesne doświadczenia, na bazie których ukształtowaliśmy swoje postrzeganie świata. Potem, większość z nas nigdy nie analizowała ponownie tych zdarzeń i nie zdajemy sobie sprawy, że na ich podstawie podejmujemy swoje, późniejsze decyzje. Raczej dokonując wyborów w oparciu o te poglądy na świat, które zostały ukształtowane przez wczesny, niezrewidowany punkt widzenia. Niektóre z doświadczeń dzieciństwa mogły być na tyle głębokie, że stworzyły coś na kształt „dziury w sercu”, która niejednokrotnie nigdy nie zostaje wypełniona.

Spędzamy resztę życia, próbując napełnić tę dziurę, jednak sposób w jaki zabieramy się do tego nie jest skuteczny i często daje efekty przeciwne od zamierzonych.

Niestety – jak wspomniałem wcześniej – większość z nas wychodzi z błędnego założenia, że mając więcej materialnych rzeczy doświadczy szczęścia. Jeśli dostaniemy lepszą pracę, lepszy samochód, lepszą partnerkę/partnera – staniemy się szczęśliwi. Jeśli będziemy mieć najnowszy telefon, odtwarzacz MP3 czy najlepszą, cyfrową kamerę – będziemy szczęśliwi. A przynajmniej szczęśliwsi. Hm, nowe buty lub ubrania? Jeszcze więcej szczęścia. Oglądamy pornografię, reality show, czytamy brukowce, i tak dalej i dalej… a to daje nam kopa. Sprawia, że czujemy się dobrze przez kilka minut lub godzin. Ale potem przychodzi rozczarowanie. To tak jak z alkoholem. Najpierw poprawia samopoczucie, ale potem przynosi kaca. Czujemy się przygnębieni, w depresji, odłączeni… wszystko oprócz spełnienia.

Jest tak wiele rzeczy do skonsumowania, że wciąż za nimi gonimy, mając nadzieję, że ta kolejna przyniesie upragnioną pełnię i wypełni dziurę w sercu. Zdobądź lepszy dom. Uprawiaj seks z większą ilością ludzi. Urządź mieszkanie nowymi meblami. Kup trzystu calowy telewizor z głośnikami dolby surround.

Prawda, z którą każdy musi się zmierzyć brzmi – nie możesz nasycić się tym czego tak naprawdę nie chcesz. Tak długo jak szukasz na zewnątrz siebie, nie znajdziesz. Popatrz na ludzi, którymi wielu z nas chciałoby być – gwiazdy filmowe czy muzyczne, sławni artyści, znani naukowcy, nagradzani pisarze, lekarze, prawnicy, potentaci biznesu. Czy myślisz, że którakolwiek z tych profesji zapewnia im większy poziom szczęścia niż pozostałym? Mało prawdopodobne.

Typowy mieszkaniec kraju trzeciego świata wydaje się szczęśliwszy, niż przeciętny, nadęty Amerykanin. Często obserwowałem swoje dzieci oraz dzieci innych ludzi w parkach rozrywki. Nawet w tym dziecięcym raju, nigdy nie wydawały się w pełni usatysfakcjonowane – ponieważ zadowolenie nie pochodzi z tego, co jest na zewnątrz. Dostrzegałem to również w sobie, raz za razem – szczególnie, gdy wierzyłem, że istnie- je idealna kobieta, która mnie „uzupełni”.

 

Rozdział 7: Dziewczyna moich marzeń uzależniony od miłości

Po straszliwej suszy jeśli chodzi o kontakty z kobietami w gimnazjum i liceum, w niemal cudowny sposób zacząłem spotykać się z bezspornie najładniejszą dziewczyną w klasie. Oboje z Leslie ukończyliśmy  liceum  wcześniej,  niż  inni  i  znaleźliśmy pracę w mieście, do której wspólnie dojeżdżaliśmy. Każdego ranka spotykaliśmy się na peronie i jechaliśmy razem pociągiem. Podobnie wieczorem. Wszyscy nasi znajomi nadal chodzili do szkoły. Oboje czuliśmy się samotni i to nas połączyło. Głęboko w środku wiedziałem, że Leslie to dziewczyna nie z mojej ligi i w normalnych okolicznościach nigdy nie miałbym odwagi zaprosić jej na randkę. Była niesamowita. Za- wsze chciałem spotykać się ze sportsmenką, a Leslie była wspaniałą tenisistką. Miała nawet własny kort tenisowy na tyłach domu. Kurcze, nikt inny nie miał prywatnego kortu! Leslie potrafiła cieszyć się intymnością i była dużo bardziej doświadczona seksualnie, co było dla mnie czymś wspaniałym. Poza tym, świetnie dogadywała się z moimi kumplami. Gdybym miał w tamtym czasie magiczną lampę, aby życzyć sobie idealnej dziewczyny, nie mógłbym wyśnić kogoś wspanialszego niż Leslie. Oto więc byłem ja, chłopak, nigdy faktycznie nie mający dziewczyny, który teraz zaczął spotykać się z kimś ze swoich snów.

Przez  pierwsze  trzy  miesiące  było  nam  cudownie. Nie potrafię przypomnieć sobie nawet jednej kłótni. Później jednak znudził mnie ten związek. Zbliżało się lato, zamierzałem podjąć pracę na letnim obozie, z dala od domu, a potem zapisać się do college’u na drugim końcu kraju. Tym samym bezceremonialnie zerwałem z Leslie. Żeby było jasne, moje znudzenie nie miało nic wspólnego z tą dziewczyną. Miało związek wyłącznie ze mną (z czego oczywiście nie zdawałem sobie wtedy sprawy).

Prawdę mówiąc, kolejne czternaście lat spędziłem na poszukiwaniu tej „jedynej” i nigdy jej nie znalazłem. Jedyne związki budzące moje zainteresowanie, były z kobietami, które nie odwzajemniały mojej miłości albo dawkowały swoje uczucie w małych, niekonsekwentnych ilościach. Tak długo, jak byłem trzymany na dystans, pozostawałem kompulsywnie uzależniony. Kiedy tylko któraś z nich łapała się na haczyk i zakochiwała we mnie, moje zainteresowanie znikało.

Spędziłem wiele lat, raz po raz przeżywając rozczarowanie kobietami, z którymi byłem. Kiedy wybranka była blondynką, moją obsesją stawały się dziewczyny z czarnymi włosami i vice versa. Kiedy umawiałem się z kimś o dużych piersiach, pragnąłem kobiety o małym biuście. Gdy moja aktualna dziewczyna była spokojną domatorką, pragnąłem awangardowej artystki. Trawa nigdy nie była wystarczająco zielona. Choć bardziej, niż czegokolwiek innego, pragnąłem zdrowego, długotrwałego związku, nie byłem do niego zdolny.

Dopiero całkiem niedawno zdałem sobie sprawę, że jestem uzależniony – całkiem dosłownie – od poszukiwania kobiet, które mogą mnie uleczyć. Kiedy czułem, że znalazłem tę idealną, wciąż byłem uzależniony od szukania takiej, która byłaby lepsza lub kiedyś mogłaby zastąpić tę obecną, gdy aktualny związek się rozpadnie. Pojęcia „uzależniony” wcale nie używam metaforycznie. To prawdziwy, wewnętrzny przymus. Zdaje się, że nawet teraz moja zdolność kontrolowania, by tego nie robić nie jest większa niż ta, którą mam nad wymachem nogi, gdy lekarz stuka gumowym młotkiem w kolano. To, co mogę zrobić to być bardzo świadomym swojego uzależnienia, za- uważać je, brać za nie odpowiedzialność, nie działać pod wpływem automatycznych impulsów oraz nie nadawać mu przesadnie wielkiego znaczenia.

Przez lata terapii, introspekcji oraz uczestniczenia w doskonałych kursach, jak Lendmark Forum czy Zdobądź miłość, jakiej pragniesz, dzięki przeczyta- niu wielu książek np. The Seat of the Soul (Siedzisko Duszy) Gary Zukav’a, studiowaniu prac Eckharta Tolle, a wreszcie dzięki profesjonalnemu treningowi, w końcu udało mi się przyswoić kilka rzeczy, które radykalnie odmieniły sposób w jaki patrzę na związki. Dziś zdaję sobie sprawę, że moim osobistym celem w tym życiu jest:

1. uzdrowienie dziury w sercu,

2. podnoszenie poziomu świadomości,

3. znalezienie sposobu, aby służyć i wnieść swój wkład do świata.

Teraz wiem, że nigdy nie znajdę wewnętrznego szczęścia w czymkolwiek na zewnątrz, choć są rzeczy, które mogą przyczynić się do odczuwania wewnętrznego spokoju i radości – na przykład książki czy warsz- taty, o których wspomniałem. Rozumiem także, że najlepszą z możliwych korzyści bycia w związku jest wzajemne wsparcie w uzdrawianiu samych siebie.

 

Rozdział 8: Prawdziwie „idealny” partner

Kiedyś myślałem, że idealną dla mnie partnerką byłaby kobieta, która sama poradziła sobie z tymi wszystkimi częściami, które we mnie były poranione. Z czasem dotarło do mnie, że potrzebuję, aby „idealna” partnerka – biorąc pod uwagę mój wyższy cel, o którym pisałem wcześniej – miała trzy cechy. Być może i dla ciebie będzie to prawdziwe. A więc taka kobieta:

  1. Miałaby własne problemy do przepracowania albo pewien charakterystyczny sposób bycia, który mobilizowałby mnie do pracowania nad czymś we mnie samym. Mam na przy- kład problemy z uczuciem bycia porzuconym. Czasami więc moja idealna partnerka, opuściłaby mnie emocjonalnie lub w jakiś inny sposób, tak abym był zmuszony poradzić sobie z tym.
  1. Byłaby kimś całkowicie oddanym wspól- nemu wzrastaniu. Bardzo ożywcze jest mieć świadomość, że gdy coś się psuje, będzie to postrzegane jako okazja do rozwoju, a nie powód zakończenia związku. W takim kontekście najgorsze, co mogłoby się wydarzyć, zawsze stwarza okazję do zaistnienia tego, co najlepsze.
  1. Byłaby osobą, która potrafi brać sto procent odpowiedzialności za swoje emocje. Nie byłoby problemem, gdyby partnerka obwiniała mnie w chwilach  depresji,  gniewu,  wściekłości czy złości. Ale gdy kurz opadnie i gdy oboje poczujemy równowagę, chciałbym, aby każde z nas wzięło odpowiedzialność za swoją cześć zachowania i interakcji.

Muszę powiedzieć, że trafiłem całą tę potrójną pulę, gdy poznałem JoAnn. Niestety, w owym czasie nie rozumiałem jeszcze tego, o czym napisałem powyżej. W ciągu kilku tygodni przechodziliśmy jedno załamanie za drugim, a po miesiącu nieomal zakończyłem ten związek.

Zanim podzielę się czymś więcej na temat JoAnn, chciałbym wyjaśnić, że wszystko, co piszę o niej w tej książce, zostało przez nią zaakceptowane. Jej zgoda, abym podzielił się tym z wami jest wyznacznikiem tego, jak bardzo jest odpowiedzialna za swoją przeszłość oraz otwarta na mnie w teraźniejszości. JoAnn wie, że nie jest własną przeszłością, więc ani trochę nie obawia się podzielić swoją historią – szczególnie, gdy może być pomocna dla innych par.

Pod względem relacji międzyludzkich JoAnn była osobą tak zranioną, jak tylko można sobie wyobrazić. Już gdy miała cztery latka została wykorzystana seksualnie. Od momentu ukończenia sześciu lat, rodzice regularnie zostawiali ją samą w domu na kilka godzin i zamykała się wtedy w łazience, aby czuć się bezpiecznie. W wieku czternastu lat została zgwałcona przez przyjaciela swojego brata. Niedługo potem odkryła, że jej ojciec zdradza matkę. Gdy miała dziewiętnaście lat, jej matka popełniła samobójstwo. Stała się wtedy alkoholiczką i narkomanką. Miała kilka związków z mężczyznami, w tym dwa małżeństwa, w których każdy z partnerów okazał się niewierny.

Na naszej pierwszej randce nie miałem pojęcia, że spotkałem kobietę, która ma w sobie więcej ukrytych min, niż granica między Północną, a Południową Koreą. A, kontynuując metaforę – ja byłem facetem stąpającym po niej w butach klauna. Na początku traktowałem znajomość z nią jak bezwstydny flirt. Miałem wtedy jeszcze trzy inne dziewczyny spoza stanu (wszystkie wiedziały o sobie) oraz nawyk wlepiania oczu w inne kobiety, który był tak nieświadomy, że nawet nie zdawałem sobie sprawy jak było to oczywiste.

Nie wiem, co sprawiło, że JoAnn jest kobietą, z którą chciałbym spędzić resztę życia i co skłoniło mnie do podjęcia wyzwania, ale wiedziałem, że aby z nią być, będę musiał się zmienić. Musiałem ewoluować do ta- kiego poziomu świadomości, którego, patrząc wstecz, nawet nie mogłem sobie wcześniej wyobrazić.

 

Rozdział 9: Ironia przyciągania

W swojej przełomowej książce: Getting the Love You Want, Harville Hendrix twierdzi że osoby, które wybieramy na partnerów wykazują „dominują- ce cechy charakteru ludzi, którzy nas wychowywali”. Choć oczywiście pociągają nas też inni, mamy tendencję do wiązania się właśnie z kimś takim.

Co ciekawe, nie szukamy tylko pozytywnych cech. Podobnie jak macocha, która wychowywała mnie po śmierci matki, gdy skończyłem dwanaście lat, JoAnn również potrafi być dwiema kompletnie rożnymi osobami – słodka i ciepła w jednej chwili oraz złośliwie wściekła w następnej. Co za niezwykła okazja, abym mógł uporać się z agresją, którą czułem od mojej macochy – wtedy jedynej osoby, która powinna być bezwarunkowo kochająca! Co za cudowna okazja do uleczenia własnych zranień i  rozróżniania dziecinnych reakcji, które wciąż w sobie noszę, od tych autentycznych cech osoby, którą aspiruję być! Kiedy JoAnn jest dla mnie wredna, czuję się kompletnie opuszczony – tak samo jak wtedy, gdy opuściła mnie matka (przez to, że umarła) i tak samo jak macocha, która nie liczyła się z moimi uczuciami. Teraz nabieram coraz więcej sił w radzeniu sobie z tematem opuszczenia. Czy naprawdę ktoś mnie porzuca? Oczywiście nie. Czy tak się czuję? Owszem. Czy jestem w stanie wznieść się ponad to? Krok za krokiem, tak właśnie robię. Oboje z JoAnn stosujemy różne, pełne miłości metody, które sprawiają, że uczucia opuszczenia nie pozostają w nas na długo. Omówimy te metody później.

Czytałem kiedyś książkę, w której znajdowały się opisy par, które były ze sobą w długotrwałych związkach. Kierując się logiką, mogłoby się wydawać, że ci ludzie po prostu pasowali do siebie i rzadko się kłócili. Jednak co ciekawe badania wykazały, że ich kłótnie były częste, a charakterystyczną cechą dobrego, długoterminowego związku okazywała się umiejętność właściwego sprzeczania się, która prowadziła do konstruktywnego i satysfakcjonującego finału.