Fenomen Kwasu Alfaliponowego – Burt Berkson M.D, Ph.D

Książkę tę dedykuję moim nauczycielom: Maxowi Greenbergowi, który pomógł mi zbudować pewność siebie, a to niewątpliwie wpłynęło na odniesiony przeze mnie sukces; Miltowi Berksonowi, który pokazał z kolei, jak dobrze się bawić; Albertowi Greenbergowi, który rozbudził moje zainteresowanie biologią; Stevowi Hunderboltowi, który pokazał, że dzięki wiedzy połączonej z cierpliwością można osiągnąć praktycznie wszystko… nauczył mnie również, jak dokonywać napraw różnego rodzaju sprzętów mechanicznych; Donaldowi Rogersowi, który był dla mnie wzorem naukowca i zainspirował, jak dobrze pełnić tę rolę; oraz Fredowi Bartterowi, który pokazał, jak być prawdziwym lekarzem. Wymienieni panowie są jednymi z największych gentlemanów na tej planecie.

Spis Treści

Przedmowa
Wstęp

  1. Jak dzisiejsze życie wpływa na zdrowie
    I co z tym wspólnego ma kwas alfa liponowy.
  2. Biologia, żywienie i suplementy
    Rola ALA w dbałości o nasze zdrowie.
  3. Proces starzenia
    Czy ALA może go spowolnić?
  4. Walka z wolnymi rodnikami powodującymi starzenie i uszkodzenia komórek
    ALA jako przeciwutleniacz i czynnik chelatujący.
  5. Rak
    ALA w profilaktyce i leczeniu nowotworów.
  6. Czynności wątroby
    Ważna rola ALA.
  7. Cukrzyca
    W jaki sposób ALA może leczyć powikłania?
  8. Atak serca, udar mózgu, choroby układu sercowo-naczyniowego
    Czy i tu ALA może pomóc?
  9. Moja recepta na zdrowie
    ALA jako część planu na całe życie.

Posłowie
Przypisy
O autorze

Przedmowa

Kiedy studiowałem medycynę w połowie lat 60-tych ubiegłego wieku, żywiłem przekonanie, że lekarska profesja jest z gruntu szlachetna. Byłem przekonany, że każdy, kto wykonuje ten zawód kieruje się naturalną chęcią niesienia ulgi w cierpieniu i chorobie. Wierzyłem, że wystarczającym powodem do przeprowadzenia badań nad korzystnym oddziaływaniem mało znanych terapii na zdrowie pacjentów, może być sama sugestia, że istnieje duże prawdopodobieństwo ich pozytywnego wpływu na proces leczenia. Mam tu na myśli m.in. akupunkturę, koenzym Q10, kwas alfa liponowy, chiropraktykę czy witaminę C. Logicznym wydawało się, że po uzyskaniu pozytywnych rezultatów badań, terapie te powinny stać się standardem w leczeniu pacjentów. Wybrany zawód napawał mnie wówczas dumą i radością.

Dziś, trzydzieści lat później, moja profesja nie jest już dla mnie powodem do chluby. Obecnie zdaję sobie sprawę, że większość lekarzy, zwłaszcza tych na wpływowych stanowiskach, w ogóle nie zamierza badać innych metod leczenia. Co więcej, jeśli metody te nie znajdują akceptacji u producentów farmaceutycznych, z góry skazane są na przegraną. Konkluzja jest przerażająca – wielu lekarzy wolałoby pozwolić swojemu pacjentowi umrzeć, niż spróbować w jego leczeniu niekonwencjonalnych metod!

Burt Berkson będąc rezydentem w szpitalu, został poinstruowany, że jego rola ma być ograniczona jedynie do pocieszania. Miał być pocieszycielem dla dwóch pacjentów, którzy po spożyciu trujących grzybów, umierali wskutek nieodwracalnego uszkodzenia wątroby. Kiedy jednak wbrew odgórnym instrukcjom, zainterweniował i uratował ich życie, podając kwas alfa liponowy, w „podziękowaniu” otrzymał ostrą naganę. Następnego tygodnia przyjęto do szpitala kolejnych dwóch pacjentów, odchodzących z tego świata na skutek podobnego zatrucia. Tym razem dr Berkson otrzymał wyraźny zakaz użycia kwasu alfa liponowego, mimo że dzięki niemu dopiero co zdołał uratować dwie osoby. Nie posłuchał i ponownie „miał czelność” ocalić życie kolejnych potrzebujących! Jego postawa wywołała gniew i chęć zemsty środowiska lekarskiego. Gdybym nadal był studentem medycyny nie uwierzyłbym w tę szokującą historię. Dzisiaj… wcale mnie to nie dziwi.

Historia kwasu alfa liponowego jest niezwykła. Ta substancja, mająca naturalne pochodzenie, posiada nadzwyczajną moc leczenia i zapobiegania wielu chorobom, co zostało udokumentowane w tej książce. W 1996 roku napisałem o niej po raz pierwszy w moim biuletynie „Health&Healing”. Byłem zdumiony, że usłyszałem o tym fenomenie dopiero 20 lat po tym, gdy doktor Berkson wyleczył za jego pomocą zatrucie wątrobowe. Pamiętam rozmowę z pacjentami, którzy odzyskali zdrowie właśnie dzięki otrzymaniu kwasu alfa liponowego od doktora Berksona. Byli bardzo oburzeni faktem, że lekarz, który uratował im życie, został oszkalowany za wykorzystanie nieznanego remedium.
To niezwykła książka. Dzięki niej dowiesz się wiele o wartościowej substancji leczniczej, i o perypetiach jednego z pierwszych lekarzy, który zaczął ją stosować.

Julian Whitaker, M.D.

Wstęp

Pewnego słonecznego poranka w październiku 1977 roku, kiedy byłem jeszcze rezydentem w dużym szpitalu klinicznym w Cleveland (Ohio), przydzielono mi pod opiekę dwóch poważnie chorych pacjentów. Miła kobieta po pięćdziesiątce poprzedniego dnia zebrała kilka pięknych okazów białych grzybów. Ona i jej mąż zjedli je na obiad, przy czym jego porcja była znacznie większa. Posiłek był pyszny i para czuła się dobrze jeszcze przez cały dzień, aż do wieczora. Jednak o 2 nad ranem w niedzielę (14 godzin po zjedzeniu grzybowego posiłku), obudził ich ostry ból brzucha i gwałtowne wymioty. Niedługo potem pojawiła się silna biegunka, a mężczyzna dostał drgawek.

Przerażona kobieta zadzwoniła po syna (ratownika medycznego, kierowcę ambulansu), który natychmiast zabrał ich na ostry dyżur. Wstępnie zdiagnozowano infekcję wirusową (grypę żołądkową) i podano zastrzyk, który miał ukoić układ trawienny. Lekarz wysłał pacjentów do domu z zaleceniami picia dużej ilości wody, żeby zapobiec odwodnieniu i sugerował odpoczynek. Jednak diagnoza okazała się błędna. Z powodu opóźnionej reakcji organizmu na trujące grzyby, ani lekarz, ani pacjenci, nie zdawali sobie sprawy, że to one były przyczyną wystąpienia silnych objawów.

Mąż z żoną wrócili do domu, a ich stan się pogarszał. Rozchorowali się jeszcze bardziej. Ich syn przypomniał sobie o artykule w gazecie, w którym opisano przypadek 12-letniej dziewczynki, która zmarła z powodu zatrucia grzybami i wykazywała podobne objawy co jego rodzice. Zapamiętał z artykułu także moje imię oraz to, że miałem doktorat z badań nad grzybami. Zapytał rodziców, czy jedli dziko rosnące grzyby, a ci opowiedzieli mu o swoim ostatnim obiedzie. Zabrał ich więc do izby przyjęć w szpitalu, w którym pracowałem. Kierując się treściami zawartymi w moim artykule, wydedukował, że rodzice zjedli muchomora wiosennego (Amanita verna). Nie mylił się.

Moje pierwsze spotkanie z tym małżeństwem miało miejsce około godziny 11:00 w tamten niedzielny poranek, mniej więcej 24 godziny po tym, jak oboje spożyli niefortunny grzybowy posiłek. Mężczyzna, który zjadł kilka grzybów, był w znacznie cięższym stanie niż jego żona, która zjadła niecały jeden okaz. Był bardzo osłabiony, odwodniony i wymiotował niemal cały czas, mimo pustego żołądka. Odczuwał duży dyskomfort, męczyły go skurcze mięśni i cierpiał na bolesną biegunkę. Silne mdłości uniemożliwiały mu znalezienie wygodnej pozycji choćby na kilka minut. Wyniki badań laboratoryjnych były niepokojące. Próby wątrobowe, których wynik powinien oscylować między 0 a 30, plasował się w tysiącach jednostek. Główny lekarz na oddziale oznajmił mi trzy rzeczy – że ci pacjenci znajdują się wyłącznie pod moją opieką; że nie możemy zrobić nic więcej oprócz obserwacji, podawania płynów i w miarę możliwości uśmierzenia bólu; oraz że mężczyzna najpewniej umrze.

Jako młody i pełen optymizmu lekarz rezydent byłem zdeterminowany, żeby znaleźć skuteczny sposób na przywrócenie tych pacjentów do zdrowia. Choć nigdy wcześniej nie widziałem nikogo w takiej agonii, nie przyjmowałem do wiadomości, że nic nie można już zrobić. Odrzuciłem diagnozę przełożonego i zacząłem szukać sposobu, żeby jakoś pomóc. Przypomniałem sobie ciekawy artykuł w czasopiśmie medycznym o pewnym lekarstwie z Europy, skutecznym w leczeniu poważnych uszkodzeń wątroby. Natknąłem się na niego kilka lat wcześniej, jeszcze jako profesor mykologii (nauki o grzybach) na Uniwersytecie Rutgers. Artykuł wzbudził moje zainteresowanie, ponieważ główną przyczyną śmierci u osób, które spożyły trujące grzyby, była ostra niewydolność wątroby.

Zadzwoniłem do doktora Dreda Barttera, wspomnianego w artykule szefa kliniki endokrynologii w Narodowym Instytucie Zdrowia (NIZ) i zapytałem, czy wie coś na temat jakiegokolwiek leku na prawie obumarłą wątrobę. Powiedział, że NIZ ma w magazynie pewną eksperymentalną substancję, która według europejskich naukowców wspierała odbudowę tego narządu. Zgodził się, żeby natychmiast ją przesłać, dzięki czemu zaledwie kilka godzin później mogłem odebrać ów specyfik na lotnisku.

Jak się domyślacie tą substancją był właśnie kwas alfa liponowy (ALA), środek wytwarzany naturalnie w większych lub mniejszych ilościach przez ludzki organizm. Podałem go obu pacjentom tamtej niedzielnej nocy, i w przeciągu kilku godzin mężczyzna, który był bliski śmierci, zaczął czuć się znacznie lepiej. Po trzech dniach kobieta niemal całkowicie powróciła do zdrowia, a jej mąż mógł regularnie wstawać z łóżka. Był gotów opuścić szpital w przeciągu kolejnego tygodnia. Co zadziwiające, jego enzymy wątrobowe wróciły do normy, a większa część wątroby została zregenerowana.
Kiedy małżeństwo wróciło do zdrowia, ordynator oddziału oznajmił, że oboje wyzdrowieliby prawdopodobnie i bez leczenia ALA, mimo że jeszcze niedawno mówił z przekonaniem, że ich śmierć jest nieunikniona. Zapewniał też, że czasami tego typu ozdrowienia się zdarzają, choć należą do rzadkości.

Sezon na grzyby trwał w najlepsze, toteż tydzień później w szpitalu pojawiła się kolejna para z tą samą diagnozą. Ich wyniki laboratoryjne były jeszcze gorsze, niż u mężczyzny, którego leczyłem wcześniej. Raz jeszcze władze szpitala twierdziły, że ci ludzie nie mają szans na przeżycie – nie z takimi wynikami. Ponownie powierzono mi opiekę nad nimi, ale tym razem otrzymałem wyraźny zakaz ponownego użycia ALA – farmaceuci nigdy o nim nie słyszeli, nie było go także na szpitalnym wykazie leków. Jak powiedział mój przełożony, ponieważ kwas alfa liponowy nie znajdował się na liście zatwierdzonych leków, ani nie został jeszcze rozpoznany przez żadną znaną mu organizację, nie mogłem wykorzystać go ponownie.

Podobnie jak poprzedni pacjenci, ci również wykazywali objawy śmiertelnych uszkodzeń wątroby, a ich ciała szybko słabły. Poinstruowano mnie, żeby nie dzwonić do NIZ, dopóki szpitalna komisja farmaceutyczna nie zatwierdzi leczenia za pomocą ALA.

Niestety ich procedura mogłaby trwać dni lub tygodnie, a moi pacjenci nie mogli tyle czekać, ponieważ śmierć odliczała minuty, żeby zabrać ich z tego świata. Czas był na wagę złota. Podobnie jak poprzednim razem, ordynator nakazał mi podawać środki przeciwbólowe, elektrolity i płyny w kroplówkach dożylnych. Postawiono mnie przed wyborem – czekać bezczynnie i pozwolić pacjentom umrzeć albo zrobić swoje i liczyć się z reprymendą.

Cóż, musiałem działać! Moim lekarskim obowiązkiem było ratowanie ludzkich istnień. W szpitalu nadal mieliśmy trochę kwasu alfa liponowego, a ja czułem się zobligowany do pomocy. Nie byłem w stanie siedzieć bezczynnie i patrzeć jak ktoś umiera. Choć było to wbrew poleceniom przełożonego, podałem obu pacjentom zastrzyk z ALA. Niedługo potem oboje zaczęli wracać do zdrowia. Po kilku dniach czuli się już całkiem dobrze, a czynność wątroby niemal wróciła do normy. Oboje zostali wypisani do domu po 10 dniach pobytu w szpitalu, bez dalszych zdrowotnych komplikacji.
Prawdopodobnie zostałbym wyrzucony z pracy za niesubordynację, gdyby nie fakt, że Narodowy Instytut Zdrowia zainteresował się cudownym ozdrowieniem tych czterech pacjentów. Od tamtej pory wyleczyłem za pomocą ALA ponad 100 innych osób, generalnie z takim samym doskonałym rezultatem.

NIZ wysłał specjalną ekipę medyczną, żeby zbadać moich pacjentów. Nie można już było zignorować faktu wyleczenia czterech osób z poważnymi uszkodzeniami wątroby. Wtedy też miałem wreszcie okazję podziękować osobiście doktorowi Bartterowi. Porozumieliśmy się również w sprawie dalszych wspólnych badań nad ALA. Summa summarum otrzymałem zgodę od Urzędu ds. Żywności i Leków (FDA) na rozpoczęcie badań klinicznych z udziałem ludzi nad leczeniem w postaci dożylnie podawanego kwasu alfa liponowego.

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że w rezultacie powyższych wydarzeń administracja szpitala była na mnie wściekła. Na domiar złego sklasyfikowała mnie jako lekarza, który nie potrafi wykonywać poleceń i nie nadaje się do pracy zespołowej. Niestety, ta opinia przylgnęła do mnie na zawsze. A co wy zrobilibyście w mojej sytuacji? Próbowalibyście ratować zdrowie i życie pacjentów, nawet wbrew poleceniom przełożonych, ryzykując że wasza postawa spotka się z brakiem akceptacji i gniewem? Czy raczej posłuchalibyście nakazów i patrzyli jak ludzie umierają…?
W 1997 roku – dwadzieścia lat po tym, jak pierwsza para trafiła na mój oddział z zatruciem grzybami Amanita – doktor Julian Whitaker zaprosił naszą trójkę do udziału w jego audycji radiowej. Moi pacjenci nadal mają się bardzo dobrze i nie wykazują żadnych oznak uszkodzeń wątroby. Nigdy nie żałowałem swojej decyzji, żeby użyć ALA w ich leczeniu i jestem przekonany, że to uratowało im życie.

Pasmo sukcesów kwasu alfa liponowego

W przeciągu ostatnich dwudziestu lat spotkałem się z dużą krytyką mojego podejścia do leczenia chorób z wykorzystaniem ALA. Jednocześnie w tym samym czasie zdobyłem ogrom pochwał za udane i owocne wykorzystanie tej substancji w leczeniu pacjentów. Za samodzielne, nonkonformistyczne myślenie, alopatyczne środowisko medyczne ukarało mnie trudnymi do zrozumienia i zaakceptowania konsekwencjami. To rodzi gorzką konkluzję – lepiej nie dyskutować, tylko ślepo wykonywać polecenia przełożonych. Na szczęście jednak miałem również okazję konsultować się z wieloma innymi lekarzami w sprawie właściwości leczniczych ALA. Byli to specjaliści z otwartą głową na innowacyjne podejście do leczenia pacjentów (a miałem ich setki). Powyższy przykład jest charakterystyczny nie tylko dla medycyny. Dotyczy on również wielu ludzkich starań związanych z poszukiwaniem postępowych rozwiązań w danej dziedzinie, które nie mieszczą się w obowiązującym paradygmacie dostępnej wiedzy.

Odkryłem, że ALA jest nadzwyczaj skuteczny w leczeniu prawie wszystkich moich pacjentów cierpiących na różnego rodzaju dolegliwości, od schorzeń układu krążenia, po powikłania cukrzycy. Niektórzy z nich poczynili niebywałe postępy. Na przykład niedawno zajmowałem się panem Greenem, 50-letnim mężczyzną. Kiedy po raz pierwszy zawitał w moim gabinecie, był skrajnie wychudzony, ponieważ jedzenie sprawiało mu okropny ból. Lekarze oznajmili mu, że jest to zaburzenie neurologiczne, będące wynikiem cukrzycy wieku dojrzałego, oraz że będzie musiał jakoś z tym żyć. Pewien neurochirurg powiedział mu również, że mógłby mu ostatecznie pomóc poprzez przecięcie nerwów prowadzących do przewodu pokarmowego. Ostrzegł jednak, że taka operacja, choć złagodziłaby ból, może skutkować licznymi powikłaniami.

Pan Green przyszedł więc do mnie, szukając alternatywy dla tak drastycznego rozwiązania. Zawsze zanim ustalę schemat leczenia, staram się postawić samego siebie na miejscu pacjenta. Jak chciałbym być potraktowany? Dlaczego miałbym zalecać droższe i bardziej skomplikowane leczenie czy zabieg, skoro w większości przypadków mogę polecić coś prostego i taniego, co przyniesie lepsze wyniki w krótkim czasie? Mam tu na myśli oczywiście ALA.

Dlatego, w uzupełnieniu do leków na cukrzycę, zaleciłem panu Greenowi zdrową dietę wraz z suplementami, umiarkowaną aktywność fizyczną oraz zapisałem doustną dawkę ALA. W przeciągu trzech tygodni ból w większości ustąpił, a mężczyzna był w stanie sporo przybrać na wadze. Po upływie kolejnych trzech, mój pacjent był całkowicie wolny od bólu. Co więcej, jego poziom cukru zbliżył się do właściwej normy. Dzięki leczeniu i ćwiczeniom, pan Green zwiększył swoją masę mięśniową i zyskał więcej energii. Kwas alfa liponowy w połączeniu ze zdrowym stylem życia pozwolił mu uniknąć skomplikowanej, kosztownej… i niebezpiecznej operacji.

Około dziesięć lat temu zaprezentowałem fenomen kwasu alfa liponowego grupie lekarzy w pewnej instytucji medycznej w Minnesocie. Zaproponowałem również, że im go dostarczę. Wówczas byli niechętni, żeby wypróbować niekonwencjonalną i stosunkowo nieznaną substancję. Jednak w 1996 roku poinformowano mnie, że oddział w tym centrum medycznym otrzymał bardzo dużą dotację na zbadanie ALA jako lekarstwa na powikłania związane z cukrzycą. Ostatnio rozmawiałem z człowiekiem, który na własnej skórze odczuł korzyści z tego badania. Jego historia została opisana w rozdziale 7. To niezwykle satysfakcjonujące widzieć, że ALA jest wykorzystywany przez innych lekarzy do ratowania i poprawy życia ludzi.

ALA: Jedno z najważniejszych odkryć biochemii

Kwas alfa liponowy – ALA – to zdumiewająca substancja i jedno z najważniejszych odkryć w dziedzinie biochemii. Pomógł poprawić stan zdrowia wielu ludzi, którzy stracili już wiarę w medycynę. Przyczynił się także do utrzymania dobrej kondycji u zdrowych osób. Był lekceważony przez wiele lat przez społeczności naukowe w Ameryce, jednak obecnie prawda o jego dobrodziejstwach wreszcie wychodzi na światło dzienne.

Podawany w odpowiedniej dawce, ALA nie wykazuje praktycznie żadnych efektów ubocznych. Jego pozytywny wpływ to niezaprzeczalny fakt. Posiada szeroki zakres zastosowań, dlatego dzięki odpowiedniej procedurze może być pomocny w leczeniu nie tylko chorób wątroby, ale i cukrzycy, osób zakażonych wirusem HIV, AIDS, immunosupresji, łuszczycy, egzemy, oparzeń, raka skóry, stwardnienia rozsianego, stwardnienia zanikowego bocznego, choroby Parkinsona i innych zaburzeń neurologicznych, reumatoidalnego zapalenia stawów, tocznia rumieniowatego, sklerodermii i innych chorób autoimmunologicznych, zwyrodnienia plamki żółtej, katarakty i innych chorób oczu, chorób serca, krążenia krwi, wylewu, i stwardnienia tętnic. Pomaga również pacjentom uniknąć skutków ubocznych związanych z innymi rodzajami leczenia. W tej książce poznasz szczegółowe informacje na temat tego niezwykłego leku.

Mam nadzieję, że dwadzieścia lat praktyki lekarskiej i trzydzieści lat badań opisanych w tej książce okażą się dla ciebie interesujące i pozwolą osiągnąć optymalny stan zdrowia. Proszę pamiętać – informacje zawarte w tej książce służą wyłącznie do celów edukacyjnych i nie mogą zostać wykorzystane jako substytut profesjonalnej opieki medycznej. Jeśli masz konkretne problemy ze zdrowiem, skonsultuj się z lekarzem.

Burt Berkson, M.D., Ph.D

Jak dzisiejsze życie wpływa na nasze zdrowie

I co z tym wspólnego ma kwas alfa liponowy

W świecie, w którym stres i substancje zanieczyszczające środowisko działają na co dzień przeciwko nam, kwas alfa liponowy to – moim zdaniem – niezbędny sojusznik w naszych wysiłkach służących zachowaniu dobrego zdrowia. Nawet jeśli sporo się ruszasz, zdrowo odżywiasz i robisz „wszystko jak należy”, szala zwycięstwa często przechyla się na twoją niekorzyść. Pozwól, że pokażę ci co mam na myśli.

Kilka lat temu skontaktował się ze mną zakład opieki zdrowotnej, poszukujący lekarza, który mógłby nadzorować personel medyczny w trzech środkowowschodnich miasteczkach USA. Oferta wydała się interesująca, dlatego poleciałem samolotem do Chicago. Jadąc wypożyczonym samochodem na południe przez wiejskie okolice, byłem pod wrażeniem bujnych pól kukurydzy, soi oraz czarnej gleby. Wcześniej spędziłem tu wiele szczęśliwych lat, pracując jednocześnie nad moją pracą magisterską, a następnie doktoratem. Porównywałem w myślach te piękne, zielone tereny, z suchym, szarym i stosunkowo zdewastowanym północnym zachodem, gdzie wówczas mieszkałem.

Na miejscu spotkałem się z dyrektorem generalnym placówki, który okazał się miłym i przyjaznym człowiekiem. Udaliśmy się do jego gabinetu, dużo rozmawiając. Powiedział mi, że większość lekarzy i personelu w jego szpitalu pozostaje w bardzo dobrych relacjach, a w pracy panuje swobodna i życzliwa atmosfera. Jego zdaniem, z moją osobowością idealnie pasowałbym do jego zespołu. Zgodziłem się więc zwiedzić nadzorowany przez niego ośrodek i podlegające mu filie.

Pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka i weszliśmy do małego szpitala, otoczonego wysokimi dębami i klonami. W środku było bardzo czysto, a personel był niezwykle przyjazny i wydawał się wkładać wiele wysiłku w swoją pracę. Zdecydowałem się odwiedzić paru pacjentów i zadać im kilka pytań. Pierwszą z nich była mieszkająca na farmie gospodyni domowa w średnim wieku, która wyglądała na bardzo chorą osobę. Powiedziała mi, że cierpi na ciężką postać raka jelita grubego. W kolejnym pomieszczeniu leżał młody mężczyzna, u którego niedawno zdiagnozowano białaczkę (rodzaj nowotworu krwi). Trzeci pacjent, 60-letni rolnik, poinformował, że on również ma raka jelita grubego z przerzutami do wątroby. Lekarze powiadomili go, że zostało mu niewiele czasu. Potem poszedłem na oddział intensywnej terapii i odwiedziłem kilku pacjentów w różnym stanie. Spodziewałem się, że większość z nich zmaga się z różnymi rodzajami chorób serca lub udaru, z czym z reguły można się spotkać na oddziałach intensywnej terapii. Jednak większość z nich znalazła się tam z powodu poważnych powikłań po leczeniu nowotworów. Odwiedzając dwa pozostałe szpitale w sąsiadujących miejscowościach, odkryłem, że przeważająca większość chorych cierpi na jedną z postaci raka, a nie choroby naczyń krwionośnych czy inne dolegliwości.

Byłem zdumiony i przerażony tym, co zobaczyłem. Na obszarze północnego zachodu, gdzie dotychczas pracowałem, bardzo rzadko spotykałem się z pacjentami chorymi na raka. Ludzie przeważnie dożywali sędziwego wieku i najczęściej umierali na chorobę serca lub udar mózgu. Co w takim razie wyróżniało ten obszar? I dlaczego zachorowania na nowotwór były taką rzadkością tam, skąd pochodziłem? Moje rozmyślania towarzyszyły mi przez całą powrotną drogę do kwatery głównej.


W dzisiejszych czasach ludzkość narażona jest na działanie toksycznych substancji chemicznych bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej… W świecie, w którym stres i substancje zanieczyszczające środowisko działają przeciwko nam, kwas alfa liponowy to niezbędny sojusznik w naszych wysiłkach o zachowanie dobrego zdrowia.


Kiedy tak jechaliśmy dwupasmową, asfaltową drogą, zobaczyłem, jak pewien rolnik wylewa jakiś środek owadobójczy z dużego kanistra prosto do rowu biegnącego wzdłuż drogi. Zapytałem o to dyrektora szpitala, który odpowiedział, że jest to dość częsta praktyka w tych stronach. Moje podejrzenia wzrosły, dlatego chciałem się dowiedzieć, skąd czerpie się tutaj wodę. Jak oznajmił mój rozmówca, woda pitna pochodzi głównie z małych studzienek, oraz że do tej pory nie udowodniono, iż pestycydy zanieczyszczają wodę i sprawiają, że ludzie chorują. Zaznaczył, że kierownik ostrego dyżuru w pierwszym szpitalu jaki odwiedziliśmy, nigdy nie spotkał się z przypadkiem rolnika, który zachorował po kontakcie z pestycydami.
I miejmy nadzieję, że nikt nigdy nie zachoruje – dodał. – To bardzo zaszkodziłoby naszej gospodarce rolnej.

Podczas dalszej podróży zobaczyłem rafinerię, z której unosiły się duże ilości gęstego, czarnego dymu. Wydostawał się poprzez przewody wylotowe, najpierw przez jakiś czas pozostawał w powietrzu, a następnie powoli opadał na ziemię, tworząc pełną smogu powłokę gazową, widoczną z odległości ponad 5 kilometrów. Sąsiednie gospodarstwa zdawały się być zanurzone w tym brudzie. Bydło pasło się na polach, a rolnicy pracowali w oborach, najwyraźniej niewzruszeni tą cuchnącą, ohydną trucizną. Sąsiednie pola na północ od rafinerii były jałowe, a ziemia zdawała się być pokryta delikatną i lśniącą smolistą substancją. Kiedy przejeżdżaliśmy obok, czułem jak powietrze drażni mi oczy i śluzówki nosa. Odór był tak silny, że ciężko było wziąć głębszy oddech. Nie mogłem przestać się zastanawiać, co ta trucizna robi z układem odpornościowym miejscowej ludności.

Moje rozmyślania zostały przerwane przez towarzyszącego mi dyrektora, który oznajmił, że rafineria zapewnia hrabstwu 220 stabilnych miejsc pracy. Zapytałem, czy lokalne władze sprawdzały urządzenia kontrolujące emisję zanieczyszczeń w tym zakładzie. Odpowiedział, że nie ma sensu prowokować lub denerwować właścicieli firmy, chyba że miasteczko zamierza ryzykować, że jej działalność zostanie przeniesiona gdzie indziej.

Kontynuując rozmowę, skręciliśmy na autostradę i po chwili zatrzymaliśmy się w popularnym fast-foodzie na kawę. Miejsce było zapełnione dziećmi w różnym wieku, które tego dnia skończyły wcześniej lekcje i zatrzymały się w barze, żeby coś zjeść. Wiele z nich miało nadwagę, a wszystkie jadły ubogie w składniki odżywcze, wysokokaloryczne posiłki, stanowiące podstawę diety wielu Amerykanów. Choć nie ma nic złego w jedzeniu fast-foodów od czasu do czasu, te dzieci wyglądały, jakby jadły cheeseburgery i frytki każdego dnia. Wiele z nich zajadało się także mrożonymi deserami, zrobionymi z mleka w proszku i dużej ilości rafinowanego cukru. W rogu zauważyłem grupkę starszych mężczyzn i kobiet, raczących się kanapkami ze smażoną rybą oraz majonezem. Niemal wszyscy popijali posiłek kawą, do której dodali sztuczny słodzik i śmietankę. Usłyszałem jedną z kobiet, jak mówi, że nie dodaje już cukru do kawy, ponieważ lekarz ostrzegł ją, że jest „na granicy” cukrzycy. Z racji podwyższonego cholesterolu otrzymała receptę na lek, który miał go obniżyć. Zalecono jej również, żeby jadła więcej ryb i warzyw, co tłumaczyło składniki jej posiłku. Kobiecie wydawało się, że postępuje zgodnie z zaleceniami swojego lekarza. Jednak prawda była taka, że oszukiwała samą siebie, jedząc rybną kanapkę z fast-foodu i myśląc, że to zdrowy posiłek. Filet rybny był obtoczony w bułce tartej i usmażony na głębokim tłuszczu, którego nie wymieniono od dłuższego czasu. Olej, pozostawiany wielokrotnie na noc do ostudzenia i używany ponownie to siedlisko grzybów i bakterii, a co za tym idzie, toksycznych produktów przemiany materii. Połączenie wysokokalorycznego i potencjalnie trującego oleju kuchennego, majonezu, margaryny i nasączonej tłuszczem panierki zdecydowanie nie jest korzystne dla układu krążenia. Na domiar złego sztuczny słodzik oraz śmietanka były bezsprzecznie bardziej niezdrowe niż umiarkowana ilość mleka i cukru. Posiłek tej kobiety był praktycznie pozbawiony jakiegokolwiek naturalnego błonnika.

Droga powrotna z ostatniego szpitala do siedziby firmy w zupełności rozwiała moje wątpliwości co do przyczyny tak częstych zachorowań na nowotwory w tym regionie. Jego mieszkańcy zdawali się chłonąć niezliczone ilości immunosupresyjnych toksyn przez skórę i płuca. Ich dieta była uboga w niezbędne składniki odżywcze, które mogłyby pomóc zneutralizować i usunąć te toksyny. Co więcej, sposób odżywiania tylko pogarszał ich już i tak trudną sytuację.

Moja wizyta w centrum Illinois była otrzeźwiającym i pouczającym doświadczeniem. Po tej wycieczce byłem pewien, że niezdrowy tryb życia był najważniejszą przyczyną rozwoju nowotworów i chorób serca.

Życie w toksycznym środowisku

Nasi przodkowie nie byli narażeni na tego rodzaju toksyny, z którymi na co dzień mamy obecnie do czynie nia. Dlatego ewolucja nie pozwoliła nam rozwinąć odpowiednich mechanizmów fizjologicznych, umożliwiających pozbycie się nagromadzonych szkodliwych substancji. Niektórzy z naszych przodków żyli być może w pobliżu aktywnych wulkanów lub obszarów silnie radioaktywnych, czy też byli narażeni na działanie substancji, które osłabiały ich układ odpornościowy. Jednak większość z nich nie pozostawała długo w takich miejscach. Ci, którzy postanowili się nie przemieszczać, zwykle umierali na skutek negatywnego wpływu środowiska.

Współcześnie ludzkość zmaga się z ekspozycją na znacznie większą ilość toksycznych chemikaliów, niż kiedykolwiek wcześniej. Zanieczyszczenie miast nie jest wynikiem postępu ani uprzemysłowienia, wywodzi się raczej z braku myślenia o innych. Szefowie dużych korporacji przyznają na przykład, że porządne sprzątanie po sobie i utylizacja odpadów może obniżyć marże zysku i sprawi, że będą zmuszeni podnieść ceny. Niektórzy sądzą, że prowadzenie nie produkującego zanieczyszczeń zakładu, niczego nie zmienia, ponieważ przeciętny obywatel generalnie nie dba o jakość środowiska.

Jeszcze na początku tego stulecia rolnicy starali się nie zabijać wszystkich szkodników na swoim terenie. Po prostu liczyli się z faktem, że w niektórych latach będzie ich więcej, a w innych mniej. Podczas gorszych okresów stosowali co prawda środki owadobójcze, które szkodziły tylko insektom, nie były jednak szczególnie groźne dla człowieka. W latach 40. opracowano DDT i inne petrochemikalia, które miały zwalczać roznoszące malarię komary. Ten nowy typ pestycydu okazał się niezwykle skuteczny, niszcząc większość insektów. Niestety przy okazji ginęło wiele pożytecznych owadów. W konsekwencji, trucizny te spowodowały dużą ilość katastrof biologicznych oraz co bardzo prawdopodobne, przyczyniły się do szkodliwych zmian w naszych układach odpornościowych i rozrodczych.

Przy użyciu łatwo dostępnej ropy naftowej można było wytwarzać tanim kosztem środki typu DDT w dużych ilościach. Rolnicy, korporacje i konsumenci byli bardzo zadowoleni, ponieważ umożliwiało to pozbywanie się ogromnych populacji owadów pojedynczym rozpyleniem konkretnej substancji. DDT używano dosłownie wszędzie, a zwłaszcza w miastach, co chwilowo pozwoliło pozbyć się praktycznie wszystkich pluskiew i karaluchów. Jeśli za pierwszym razem nie udało się wytępić wszystkich szkodników, można było użyć danego środka ponownie i zabić ich jeszcze więcej. Cóż, prawdopodobnie nikt nie zdawał sobie sprawy, że potomstwo ocalałych owadów stawało się odporne na te trucizny. Wraz z pojawieniem się nowych szkodników, ludzie zwiększali ilość oprysków. A to – moim zdaniem – powodowało choroby układu odpornościowego u ich dzieci. Objawy tych chorób pozostawały ukryte przez lata, dlatego nikt nie wiązał ich z używanymi truciznami.

Dzisiaj wielu z nas niemal tonie w zanieczyszczonym środowisku. Petrochemiczne toksyny są rozpuszczalne w tłuszczach, dlatego przenikają wszelkie błony biologiczne, włączając w to ludzki naskórek oraz skórki owoców i warzyw. Trujące chemikalia wsiąkają w pożywienie, które jemy, w gazety, które czytamy, w samochody, którymi jeździmy i w procesory komputerów, które napędzają nasze maszyny biurowe. Wystarczy rozstawić w pomieszczeniu nowy sprzęt komputerowy lub telewizor, a ulatniający się z urządzeń zapach rozpuszczalnika będzie obecny w powietrzu jeszcze przez kilka tygodni.

Trucizny są praktycznie wszędzie: na warzywach, które jesz, w biurze, w którym pracujesz, w szkole, w której się uczysz, a nawet w twoim własnym domu. Pewnego razu sąsiad zadał mi pytanie, czy widuję u siebie jakieś karaluchy.
Tak, czasami – odpowiedziałem.
I co wtedy robisz? – zapytał.
Nieraz je rozdeptuję – kontynuowałem. – Poza tym nie zabijam pająków, bo zdają się doskonale radzić w kwestii pozostałych owadów.
Cóż – odrzekł z dumą – Odkąd zatrudniłem deratyzatorów, żeby spryskali cały dom i ogród, nie widziałem ani jednego robaka w moim domu.
Rzeczywiście, nieraz widywałem jego małżonkę lub jego samego z profesjonalnym sprzętem, rozpylających środek owadobójczy dookoła posesji i przy moskitierach. Całkiem „przypadkiem”, ten sam sąsiad wraz z żoną są obecnie w trakcie chemioterapii z powodu raka z przerzutami.


Kiedy jesteśmy dziećmi, nasze ciała produkują duże ilości kwasu alfa liponowego. Z wiekiem, nasz organizm musi utrzymać wysoki poziom ALA, żeby zachować dobre zdrowie. Niestety, starzejąc się, wytwarzamy go coraz mniej.


Choć wiele insektów uodparniając się, wykształciło złożone mechanizmy, pozwalające na rozkład pestycydów i petrochemikaliów, ludzie nie mieli tyle szczęścia. Większość z nas cierpi na długofalowe konsekwencje zdrowotne po narażeniu na toksyny. Jestem pewien, że ekspozycja na różnego rodzaju środki owadobójcze i polichlorowane bifenyle (PCB) ma wpływ na nasze zdolności reprodukcyjne, tak jak to się dzieje w przypadku zwierząt. Te trucizny imitują ludzkie hormony reprodukcyjne, poważnie zaburzając cykl rozrodczy.

Wiele badań naukowych opisuje w jaki sposób chemikalia mogą powodować immunosupresję i w rezultacie prowadzić do nowotworów oraz innych groźnych chorób degeneracyjnych.1,2,3,4 Rynek, rzecz jasna, odrzuca jakąkolwiek odpowiedzialność za te schorzenia. Według autora Jacka Challema, osoby nagłaśniające taką zależność i ci, których taka ewentualność niepokoi, zostają określeni mianem „środowiskowych ekstremistów” albo „maniaków zdrowej żywności”.5 Żeby zaszły jakiekolwiek zmiany w jakości środowiska, musimy stać się bardziej świadomi ryzyka płynącego z wszelkich produktów przemysłowych, a ci, którzy nas zatruwają, powinni ponieść konsekwencje.

Dlaczego obszar na południowym zachodzie, gdzie wówczas mieszkałem, był prawie wolny od nowotworów? Myślę, że powodem był prosty styl życia mieszkańców i stosunkowo niewielka ilość zanieczyszczeń przemysłowych. Większość moich sąsiadów była właścicielami rancza. Utrzymywali się z tego, co dawała im ziemia. Zwykli chodzić spać wczesnym wieczorem i budzili się przed świtem, pozwalając, żeby sen wzmacniał ich odporność. Większość pożywienia hodowali bądź produkowali własnoręcznie. Każda z tych farm posiadała swój własny ogródek, bogaty w kapustę, brokuły, szpinak i marchewki. Jej mieszkańcy co prawda jedli spore ilości czerwonego mięsa, jednak pochodziło ono z bydła, które pasło się swobodnie i każdego dnia przemierzało duże dystanse, żeby pożywić się nieliczną miejscową roślinnością. Dla porównania, mięso dostępne w supermarketach pochodzi od zwierząt hodowanych w małych, brudnych boksach, systematycznie otrzymujących hormony wzrostu, antybiotyki i inne substancje chemiczne. Zwierzęta te karmione są zwykle przetworzoną żywnością, która często zawiera pozostałości ciał innych zwierząt padłych z powodu zakażenia lub innych chorób.

Mieszkańcy rancz z moich stron ciężko pracowali, co zapewniało im duże ilości ruchu. Miałem pacjentów po 90-tce, którzy spędzali całe godziny w siodle na końskim grzbiecie. Większość z tych pracujących mężczyzn była szczupła i muskularna. (Z drugiej strony wiele z tamtejszych kobiet wiodło bardziej siedzący tryb życia, przez co przejawiały większą tendencję do nadwagi i chorób serca.) Mieszkańcy pozyskiwali wodę z przydomowych studni i naturalnych źródełek. Kiedy jeszcze tam mieszkałem, spryskiwanie upraw i przemysłowe zanieczyszczenie wody pitnej należały do rzadkości. Niestety, czasy się zmieniły. W przeciągu ostatnich lat koncerny naftowe przeniosły swoje zakłady rafinacji na tamtejsze obszary, a farmy produkujące żywność tylko na własne potrzeby zostały zastąpione komercyjnymi zakładami mięsnymi. Podejrzewam, że te działania zanieczyściły powietrze i wodę w regionie lub będą miały wpływ na stan powietrza w najbliższej przyszłości. Jestem pełen obaw czy aby mieszkańcy tamtych terenów są nadal tak zdrowi, jak kiedyś. Podejrzewam, że ich lekarze spotykają się obecnie ze znacznie większą ilością przypadków zachorowań na raka i inne choroby cywilizacyjne.

Wszystkie trucizny przemysłowe z naszego otoczenia wpływają na nasze wrażliwe układy biologiczne, a te z kolei reagują stresem oksydacyjnym. Stres natomiast prowadzi do powstania miliardów dodatkowych wolnych rodników – zaburzających równowagę cząsteczek, które wchodzą w reakcje z innymi, sąsiadującymi molekułami, zaczynając reakcję łańcuchową, prowadzącą do uszkodzeń komórek i – ostatecznie – ich śmierci. Moim zdaniem, sama zdrowa dieta zawierająca wystarczającą ilość witamin nie wystarczy, żeby ochronić nas przed toksynami. Kiedy stężenie wolnych rodników wykracza poza możliwości naszych naturalnych mechanizmów obronnych, musimy uzupełniać dietę przeciwutleniaczami i innymi wymiataczami wolnych rodników. Każda komórka w naszym ciele jest narażona na atak ze strony tych cząsteczek. Powodują one uszkodzenia w DNA, niszcząc jednocześnie błonę komórkową. Na szczęście możemy rozpoznawać źródło wielu wolnych rodników i powstrzymywać ich szkodliwe działanie. To powinno zapobiegać powstawaniu przewlekłych chorób i spowolnić proces starzenia.

Równowaga jest ważna. Gdybyśmy każdego dnia nie byli poddawani działaniu ogromnej ilości trujących substancji, sama zdrowa dieta, odpowiednia ilość aktywności fizycznej i redukcja stresu wystarczyłyby, żebyśmy mogli żyć długo, zachowując przy tym dobrą kondycję. Niestety, niebezpieczne przemysłowe chemikalia przechyliły szalę na naszą niekorzyść. Uważam więc, że aby przywrócić tę równowagę, powinniśmy wspomagać dietę silnymi antyoksydantami. Moim zdaniem jednym z najważniejszych jest ALA.

Czym jest kwas alfa liponowy?

ALA różni się od innych suplementów, takich jak wiele witamin czy minerałów, jednym, istotnym szczegółem: ludzki organizm potrafi wytwarzać go samodzielnie. Kiedy jesteśmy dziećmi, nasze ciała produkują duże ilości kwasu alfa liponowego. Z wiekiem, nasz organizm musi utrzymać wysoki poziom ALA, żeby zachować dobre zdrowie. Jak na ironię, starzejąc się, wytwarzamy go coraz mniej.

Odkrycie ALA
ALA nie jest nowym odkryciem… znany był jako podstawowa substancja chemiczna potrzebna do prawidłowego rozwoju bakterii już w późnych latach 30. ubiegłego wieku. Jednak został wyizolowany dopiero w 1951 roku, kiedy to pewien biochemik, dr Lester Reed, oddzielił go od zmielonej tkanki wątroby. Z próbki wątroby ważącej ponad 90 kilogramów dr Reed wyizolował minimalną ilość delikatnych, żółtych kryształków. Z próbki wydobył także pokrewną substancję, kwas beta liponowy (BLA). Zauważył, że BLA wykazuje o wiele mniejszą aktywność biologiczną, niż ALA. Ponieważ ALA jest rozpuszczalny w lipidach (tłuszczach), nazwano go właśnie kwasem alfa liponowym. Inni naukowcy sugerowali, żeby nazwać go kwasem tioktanowym, zawierał bowiem dwa atomy siarki (theion po grecku) i osiem (octo po grecku) atomów węgla. Po dziś dzień wielu naukowców nazywa ALA kwasem tioktanowym.

Działanie ALA polega na wytwarzaniu energii i wymiataniu wolnych rodników
ALA działa na poziomie komórkowym, wspierając procesy wytwarzanie energii. Aby było to możliwe, funkcjonuje on jako koenzym – pomocnik enzymów – w głównym cyklu energetycznym komórki. Jako koenzym, ALA bierze udział w procesie dotyczącym wielu enzymów, przygotowując paliwo dla mitochondrium, tzw. elektrowni komórki.

Wszystkie składniki odżywcze – węglowodany, tłuszcze i białka – zostają rozłożone na proste związki organiczne. Kiedy wszystko zostaje wystarczająco przetworzone, substancje te przenikają do komórki, gdzie zostają metodycznie przetwarzane w celu wytworzenia energii. Kwas alfa liponowy zmienia niektóre z tych związków, potrzebnych w procesie metabolizmu energii, co zapewnia tym niezbędnym substancjom możliwość wniknięcia do mitochondrium. Niektórzy naukowcy uważają, że zwiększenie ilości przyjmowanego ALA może znacznie zwiększyć ilość paliwa spalanego w komórce, tym samym zapewniając ciału więcej energii na takie zadania jak ruchliwość mięśni, wzrost czy naprawę tkanek.

ALA wydaje się posiadać również nadzwyczajną zdolność do zapobiegania uszkodzeniom komórki na poziomie genetycznym. Ponieważ bierze udział w bardzo wielu podstawowych funkcjach komórkowych (opisanych w dalszej części tej książki), ma ogromny potencjał leczniczy w przypadku szeregu różnych chorób trapiących współcześnie człowieka.

Przyszłość leczenia za pomocą ALA
Czy kwas alfa liponowy może być wykorzystany w leczeniu raka, chorób serca i AIDS? Przypuszczalnie najbardziej intrygującą i możliwie najważniejszą funkcją ALA jest jego rola jako modulatora ekspresji genów. Nasze geny decydują o tym, kim jesteśmy i jacy będziemy. Czy możemy je zmienić, otrzymując tym samym inny rezultat? Na przykład jeżeli dana osoba posiada genetyczną predyspozycję do cukrzycy, raka lub choroby serca, czy zwykły antyoksydant – taki jak ALA – może zmodyfikować ekspresję genów w wystarczającym stopniu, żeby powstrzymać rozwój choroby?


ALA wydaje się posiadać nadzwyczajną zdolność do zapobiegania uszkodzeniom komórki na poziomie genetycznym.



W ciągu ostatnich lat przeprowadzono sporo badań w celu znalezienia odpowiedzi na te pytania. Dzięki temu zdołano uzyskać kilka fascynujących informacji. Okazuje się, że stres oksydacyjny – atak na komórki, przeprowadzany przez toksyczne cząsteczki nazywane wolnymi rodnikami – służy jako sygnał dla stymulacji i regulacji ekspresji genów i w konsekwencji dla funkcji komórki. Jak wkrótce się przekonasz, ALA jest nadrzędnym antyoksydantem i wymiataczem wolnych rodników. Czy może więc definitywnie zneutralizować stres oksydacyjny i ostatecznie przesądzić o przyszłości komórki? Czy przeszkodzi szkodliwym procesom, które z czasem powodują choroby degeneracyjne?

Czy proste leki antyoksydacyjne, wśród których znajduje się ALA, staną się wkrótce remedium na choroby serca i raka? Ten fascynujący i ważny temat zostanie szczegółowo omówiony w następnych rozdziałach. Przyjrzymy się również funkcji ALA w odniesieniu do zwyczajnych czynności zachodzących w komórkach i temu, jak owa substancja może zwalczać komórki patologiczne. Weźmiemy również pod lupę konwencjonalne metody leczenia różnego rodzaju schorzeń, porównując je do sposobów terapii przy pomocy kwasu alfa liponowego – sposobów, które moim zdaniem często okazują się o wiele bardziej skuteczne.

ALA a zdrowie na co dzień

Uważam, że niedobór ALA jest przyczyną wielu powszechnych i poważnych problemów zdrowotnych. Wyszukując informacji na temat tej substancji w literaturze, natkniesz się na artykuły opisujące sposób w jaki ALA jest w stanie powstrzymać namnażanie się wirusa AIDS[6] zapobiec kataraktom[7] oraz chronić nerki przed zniszczeniami spowodowanymi przez wolne rodniki i antybiotyki.[8] Znajdziesz również artykuły, które tłumaczą w jaki sposób ALA chroni trzustkę przed stanami zapalnymi, a nawet zapobiega cukrzycy.[9] Inne opisują, jak ALA powstrzymuje limfocyty T przed samozniszczeniem[10] i w wyniku tego wzmacnia układ odpornościowy. Oprócz tego natkniesz się na informacje o tym, że ALA zwiększa liczbę subpopulacji limfocytów T we krwi, tzw. komórek pomocniczych[11] oraz pomaga w zwalczaniu wielu procesów chorobowych, włączając w to nowotwory. Inne publikacje donoszą, że ALA zmniejsza działania niepożądane będące skutkiem chemioterapii przeciwnowotworowej[12] a niektóre z nich sugerują, że chroni podstawową tkankę krwiotwórczą przed radiacją, tym samym zapobiegając białaczce.[13] Oprócz tego znajdziesz wiele artykułów, które przedstawiają sposób, w jaki ALA może zostać wykorzystany w leczeniu cukrzycy[14,15,16,17] i poważnych chorób wątroby[18,19] Niektórzy badacze opisują, w jaki sposób ALA chroni serce i mózg przed martwicą (śmiercią komórek), która jest następstwem ataku serca lub udaru mózgu.[20,21,22] Z każdym dniem opublikowanych badań i raportów jest coraz więcej. Zauważam to za każdym razem, kiedy wyszukuję nowe informacje o działaniu tej niezwykłej substancji.

Moje doświadczenia potwierdzają te odkrycia. Przez ponad dwadzieścia lat pracy z ALA, widziałem na własne oczy zdumiewające ozdrowienia pacjentów, których los zdawał się być przesądzony. ALA pomógł wielu osobom, dla których jedyną nadzieją na wyleczenie wydawał się przeszczep wątroby. Przyspieszył bowiem znacznie regenerację tkanki wątrobowej. Zapewnił wielu cukrzykom możliwość obniżenia dawki przyjmowanej insuliny. Pomógł również pozbyć się bólu, który często towarzyszy temu schorzeniu. Byłem świadkiem tego, jak zaordynowany na receptę zastrzyk z ALA, ocalił życie ludziom, którzy bez niego nie mieliby szans na przeżycie.

Kwas alfa liponowy to więcej niż kolejny modny suplement, który możesz kupić bez recepty w miejscowym sklepie ze zdrową żywnością. Jest potrzebny do prawidłowego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Wydaje się logiczne, że skoro z wiekiem wytwarzamy go mniejsze ilości, jego suplementacja jest niezbędna do utrzymania dobrego stanu zdrowia w późniejszych latach naszego życia. Fenomen ten ilustrują bardzo dobrze różnego rodzaju badania naukowe. Przykładem może być pewien wysokiej jakości merytorycznej artykuł, cechujący się szczegółowym i wysoce technicznym podejściem do tematu: “Lipoic Acid in Health and Disease”, pod redakcją Fuchs i innych. (New York: Dekker, 1997). W następnym rozdziale przyjrzymy się bliżej zależnościom między biologią, odżywianiem, a kwasem alfa liponowym.