ZIOŁA PRZECIWWIRUSOWE

Naturalna alternatywa dla leczenia lekoopornych wirusów


1

SKĄD WZIĘŁY SIĘ WIRUSY –
Z CZYM W OGÓLE MAMY
DO CZYNIENIA

Naiwnością jest myśleć, że możemy wygrać.
– lek. med. David Livermore

Choroby wirusowe, powodowane przez zakażenia patogennymi mikrobami, posiadające wysokie wskaźniki zachorowalności i śmiertelności, są jedną z głównych przyczyn zgonów ludzi na całym świecie. Ponadto pojawienie się zjawiska wirusowej oporności na leki, jak również poważne skutki uboczne, wywoływane przez leki przeciwwirusowe, powodują znaczące problemy medyczne, szczególnie wtedy, gdy leki te podawane są przez dłuższy okres czasu. Jakby tego było mało, leki te są dosyć kosztowne, co ogranicza ich zastosowanie w krajach rozwijających się, w których najczęściej dochodzi do takich zakażeń.
– Kaio Kitazato i in., Viral Infectious Disease and
Natural Products with Antiviral Activity

Przez większą część XX wieku choroby zakaźne ludzi z zachodniej populacji były w odwrocie, głównie dlatego, że nauczyliśmy się dbać o czystość naszych miast, oczyszczać zasoby wody pitnej, poprawiliśmy higienę gospodarstw domowych, zaczęliśmy stosować antybiotyki, kontrolować organizmy patogenne i przyjmować szczepionki. W rezultacie, kraje wysoko rozwinięte stały się całkiem beztroskie, naiwnie witając mylnie postrzegany, nowy początek życia wolnego od chorób zakaźnych. Jednak lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku wyglądały już o wiele mniej kolorowo, głównie z powodu odkrycia wielu wcześniej nie rozpoznawanych chorób zakaźnych oraz ponownego pojawienia się znanych wcześniej infekcji, o których myślano, że są już pod kontrolą i zostały wyeliminowane. Ten trend utrzymuje się do chwili obecnej…
– Thijs Kuiken i in.,
Emerging Viral Infections in a Rapidly Changing World.

Latem 2006 roku dotychczas mało znana choroba wirusowa przetoczyła się przez dużą ilość wysp na Oceanie Indyjskim. Na wyspie Reunion 265 tysięcy osób, spośród 770 tysięcy tamtejszej populacji, znalazło się w stanie krytycznym. Bardzo niewielu zakażonych przechodziło chorobę bezobjawowo, a w prawie każdym przypadku miała ona niezwykle ciężki przebieg. Pracownicy służby zdrowia i szpitale na wyspie byli totalnie przeciążeni. Nawet gdyby było inaczej, to i tak niewiele mogli zrobić. Zaproponowali zaledwie leczenie objawowe. Innymi słowy – po prostu obserwowano zakażonych… i  czekano. Albo układ odpornościowy i ciało chorego podejmą walkę z patogenem… albo nie. Dla bardzo wielu ludzi oznaczało to jednak „nie”.
Wkrótce wirus „przeskoczył” do Indii, gdzie jak się szacuje, zainfekował blisko 1,3 miliona ludzi. Kto okazał się sprawcą? Stosunkowo mało poznana choroba wirusowa – gorączka Chikungunya. (1) Wirus, który ją wywołuje był co prawda znany medycynie, choć niezbyt dobrze… raczej nie jako przyczyna śmiertelnej i mocno zakaźnej choroby. Niestety zmutował. Późniejsza analiza pokazała, że mutacja wystąpiła w czasie między wiosną, a jesienią 2005 roku. W ciągu zaledwie 6 miesięcy patogen spowodował w regionie pandemię. Do końca 2006 roku zarażonych było ponad dwa miliony ludzi.
Chorobie towarzyszy silny ból stawów (nieco podobny do Dengi). Najbardziej dotknięte są kostki i nadgarstki; często pojawia się też wysypka oraz zapalenie spojówek. Ból stawów może trwać kilka tygodni… lub miesięcy i jest to bardzo wyniszczający proces. Nie ma żadnej oficjalnej procedury leczenia i nie ma lekarstwa, które likwidowałoby wirusa. Lekarze zalecali stosowanie acetominofenu (paracetamolu – przyp. tłum.) dla redukcji bólu. Przyczyna śmierci wielu chorych? Uszkodzenie wątroby… spowodowane acetominofenem.
Ludzie odwiedzający tamtejsze regiony, którzy wrócili do swoich domów w Stanach Zjednoczonych i Europie przywieźli chorobę ze sobą. W USA zdiagnozowano ją u ponad 1000 osób. W wielu przypadkach zakażenie nastąpiło przez bezpośredni kontakt osoby chorej ze zdrową. Następnie, na szczęście dla większości z nas, epidemia zaczęła wygasać.
Choroba rozprzestrzenia się głównie przez zainfekowane komary, w szczególności Aedes albopictus (podobnie jak większość chorób omówionych w tej książce). Jest to gatunek komara, który kiedyś miał bardzo ograniczony zasięg występowania, ale w ciągu ostatnich 50 lat pojawił się na wszystkich kontynentach.
To przykład tego, jak szybko nowy wirusowy patogen może się rozprzestrzenić w globalnej wiosce. Początkowo pojawia się afrykański wirus, który infekuje azjatyckiego komara. Ten z kolei podróżuje z ludźmi samolotem i statkiem na wyspy Oceanu Indyjskiego oraz do Indii. A stamtąd dostaje się WSZĘDZIE. Podobna dynamika rozgrywa się obecnie w przypadku wielu wirusów na całym świecie. Epidemia Chikungunya nie jest więc odosobnionym przypadkiem. Wirus zapalenia mózgu Zachodniego Nilu pojawił się w Stanach Zjednoczonych z wielkim hukiem w 1999 roku, wkrótce rozprzestrzenił się na cały świat, a teraz występuje powszechnie w Europie i Azji. Jesienią 2002 roku SARS (zespół ostrej niewydolności oddechowej) pojawiło się w Chinach i szybko rozprzestrzeniło się na większość krajów azjatyckich. Epidemiolodzy, którzy studiowali tę epidemię odkryli, że początkowo pojawiła się w małym regionie w Chinach. Lekarz, który uczęszczał do chorych, odwiedził następnie Hong Kong, gdzie zaraził kolejne 16 osób. Niektórzy z nich podróżowali samolotami i robiąc to, rozprzestrzenili chorobę na cały świat w ciągu zaledwie kilku tygodni.
Potem przyszła świńska grypa i między innymi takie nagłówki:

Lekarze zszokowani rozprzestrzenianiem się świńskiej grypy – i tym jak ciężką przybiera postać.
– Jeremy Lawrence, The Independent, 22 grudnia 2010

460 osób walczy o życie… Jak przyznają eksperci – 24 zgony z powodu świńskiej grypy może być tylko ułamkiem prawdziwej liczby.
– Sophie Borland, Mail Online, 24 grudnia 2010

Grypa dotyka chirurgii nowotworowej: szpitale walczą, żeby się z nią uporać, podczas gdy liczba zgonów rośnie, Wielka Brytania balansuje na krawędzi epidemii.
– Sophie Borland, Mail Online, 27 grudnia 2010.

A rok później, jesienią 2011 roku ogólnoświatowa epidemia gorączki Denga rozpoczęła się w północnej Afryce. Wkrótce rozprzestrzeniła się na Filipiny i Puerto Rico, przekraczając ocean w obu kierunkach. Wreszcie uderzyła w Brazylię. Do kwietnia 2012 roku przyjęto do tamtejszych szpitali ponad 50 000 osób. Pięćset nowo zarażonych było przyjmowanych co tydzień.
Choroby wirusowe, takie jak wymienione powyżej, pojawiają się w nowych i bardzo zakaźnych formach wszędzie na Ziemi. Jeśli niezawodna szczepionka nie istnieje, nie bardzo można je wyleczyć. A w przypadku większości z nich – nie istnieje…
Witamy w XXI wieku.

Ale wygramy… prawda?


Kiedy pierwszy antybiotyk, penicylina, wszedł do powszechnego użytku w 1946 roku został zapowiedziany jako początek końca wszelkich chorób zakaźnych. I gdy odkrywano każdy nowy lek tego typu i coraz więcej chorób uznawano za pokonane – głosy obwieszczające zwycięstwo nad chorobami wywołanymi przez drobnoustroje stawały się coraz donośniejsze. Sukces antybiotyków zintensyfikował jednocześnie atak medycyny akademickiej na epidemiczne choroby wirusowe – głównie poprzez rozwój i stosowanie szczepionek. Pierwszym globalnym sukcesem jaki ogłoszono, była szczepionka przeciw polio.
Choć nie jest to powszechnie dostępna wiedza, kiedy wirus polio rozprzestrzeniał się w danym regionie, prawie każdy żyjący tam człowiek został zainfekowany. Był to faktycznie bardzo zaraźliwy wirus, dający niewielką ilość objawów u większości ludzi. Ponad 90% chorych nie wykazywało wręcz żadnych objawów. Jedynie u około 5–8% zainfekowanych występowały łagodne lub umiarkowane objawy, zazwyczaj ograniczające się do stanu grypopodobnego (co powodują prawie wszystkie wirusy). Jednak u około 1% populacji wirus wnikał do układu nerwowego i u tych osób rozwijało się to, co większość ludzi uważa za polio… czyli przykurczone kończyny lub paraliż, a nawet u niektórych utrata zdolności samodzielnego oddychania. Ci, którym udało się przeżyć, resztę życia spędzali w tzw. żelaznym płucu, urządzeniu, które mechanicznie podnosiło i opuszczało ich klatkę piersiową.
Co ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że ludzie nadal pamiętają o tej chorobie – oraz to, jaki strach wywołała przed końcem XX wieku – była ona raczej rzadkością. Epidemie polio jako takie nie były znane przez większość historii ludzkości. Ale w 1910 roku wielkie epidemie tej choroby zaczęły ogarniać cały świat. Stała się zwłaszcza plagą krajów uprzemysłowionych.
Sukces antybiotyków po II wojnie światowej, w połączeniu z głębokim ogólnoświatowym lękiem przed tą chorobą, doprowadziły do potężnej mobilizacji w poszukiwaniu skutecznego lekarstwa. I tak jak w przypadku większości chorób wirusowych, skupiono się na szczepionce. Nie trwało to długo. Szczepionka Salka została odkryta w 1955 roku, a po próbach klinicznych w 1962 roku, uzyskała licencję na powszechne zastosowanie. Na całym świecie epidemie polio zostały szybko usunięte z ludzkiej świadomości, a liczba infekcji zmniejszyła się z milionów do setek tysięcy. W 2007 roku zarejestrowano zaledwie 1 652 chorych. Prawie wszystkie ogniska chorobowe w Azji i Afryce uległy likwidacji. Ten ogromny sukces dał jeszcze większe przekonanie, że medycyna potrafi pokonać wszystkie choroby zakaźne.
Komentarz z 1963 roku autorstwa australijskiego lekarza Sir F. Mac Farlane’a Burnet’a, laureata Nagrody Nobla jest bardzo typowy. Pod koniec XX wieku powiedział on, że ludzkość doświadczy „autentycznej likwidacji chorób zakaźnych jako uciążliwego elementu życia społecznego”.(2)
Siedem lat później, chirurg naczelny USA William Stewart oświadczył przed Kongresem, że „nadszedł czas na definitywne zamknięcie rozdziału o chorobach zakaźnych”.(3) I przez chwilę wydawało się, że środowisko medyczne ma rację, ponieważ z wielkimi nadziejami i sukcesami rozpoczęto eliminację kolejnej ogólnoświatowej choroby wirusowej – ospy.
W 1958 roku, rosyjscy lekarze zaczęli naciskać na stworzenie powszechnego i uniwersalnego programu, mającego na celu całkowite wytępienie tej choroby. Do 1967 roku program był w pełnym rozkwicie, z ogromną ilością ponad 250 milionów szczepień rocznie na całym świecie.
W ciągu dekady, głównie dzięki wysiłkom amerykańskiego lekarza i epidemiologa – Donalda Hendersona, ostatnie regiony, wciąż endemiczne dla tej choroby, zostały oczyszczone. I świat znowu świętował. Po raz pierwszy jeden z głównych patogenów trapiących człowieka został usunięty z planety. (Ale żeby zachować się w porządku wobec wirusa, zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie zatrzymali trochę przy sobie, na wypadek, gdyby go później potrzebowali… no wiecie, dla dzieci.)
Triumf nad ospą był największym osiągnięciem lekarskiego „ataku” na patogeny chorób zakaźnych…choć wówczas niewielu o tym wiedziało. Uważano, że jest to początek końca dla każdego patogenu chorobotwórczego na Ziemi. Poziom pychy, i tak już ogromny w 1963 roku, dalej wzrastał. Jeśli ludzie mogli pokonać ospę, mogą przecież pokonać każdego wirusa na tym świecie! Ta informacja rozprzestrzeniała się lotem błyskawicy. Gazety były wypełnione optymistycznymi scenariuszami świetlanej przyszłości pozbawionej chorób. Często cytowano naukowców (co trwa do chwili obecnej), mówiących o tym, że wkrótce… zaledwie za kilka lat… żaden z nas nie umrze z powodu jakiejkolwiek choroby zakaźnej. Większość ludzi na Zachodzie zaakceptowała tę informację i trwają w błogiej nieświadomości. Niestety jest to część utopijnego mitu przyszłości (zwłaszcza nauk medycznych), który większość osób wciąż przyjmuje za pewnik. Nigdy nie miało to zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Jako lekarz i badacz, Frank Ryan komentuje to w znamienny sposób – „…być może częściowo odzwierciedla to godne ubolewania rozdzielenie akademickich klinicystów od szerzej pojętej nauki”.

Tak naprawdę ci ludzie, którzy naprawdę poświęcili się badaniom mikrobów oraz ich możliwościom, nigdy nie dali się omamić. Kilku proroków nauki, takich jak René Dubos, otwarcie nas ostrzegało, że optymizm jest nieuzasadniony. Ale ludzie generalnie i tak nie byli skłonni słuchać tych głosów. Większość lekarzy została zarażona nadmierną pewnością siebie, ledwo dostrzegając rosnące zagrożenie i  zmiany społeczne w „globalnej wiosce”. Nie byli oni zdolni do wychwycenia nowego potencjału związanego z bardzo starym niebezpieczeństwem – podróżami po świecie. . . . Dziś jedna po drugiej powracają stare, zapomniane choroby, jak i pojawiają się nowe plagi, równie śmiertelne jak wszystko, co widzieliśmy w historii… a co zagrażało naszemu gatunkowi. Oczywiste jest, że lata powojenne były wiekiem złudzeń. Pocieszających, bardzo zrozumiałych, ale jednak złudzeń. (4)

Tak się składa, że ​​naukowe i medyczne przekonania o Ziemi i wzajemnych powiązaniach różnych form życia, w tym szeroko rozpowszechnionych bakterii i wirusów, nie są zbyt precyzyjne. Lynn Margulis i Dorion Sagan, w swojej książce What Is Life?, zwróciły uwagę, że „teoria zarazków w końcu się przyjęła, i to w wielkim stylu. Zawsze podejrzewano udział różnych rodzajów patogenów w powstawaniu rzeżączki, duru brzusznego czy trądu. Drobnoustroje, niegdyś małe, zabawne anomalie, zostały zdemonizowane. Stały się zjadliwym „obcym”, którego trzeba zniszczyć i wyeliminować”.(5)
Do dziś wiele problemów wiąże się z takim przekonaniem o mikrobach. Według mnie dwa wzorce wyróżniają się najbardziej. Pierwszy pochodzi z konkretnego, medycznego schematu stosowanego na Zachodzie, a drugi z bardzo niedokładnego, przestarzałego spojrzenia na Naturę, które było charakterystyczne w XIX i na początku XX wieku.

Kłopot medycznego paradygmatu jest dość prosty i jednoznaczny, choć stosunkowo rzadko uznawany za problem. A mianowicie – większość lekarzy i naukowców, mówiąc o śmiertelności, często używa określenia „przyczyna śmierci”. Głęboko zakorzenione założenie polega na tym, że to bakterie, wirusy czy inne patogeny (albo konkretnie na przykład choroby serca czy udar) powodują śmierć. Jeszcze głębiej ukryta jest informacja, że jeśli wszystkie „przyczyny” śmierci zostaną pokonane, to wtedy… nie będzie już śmierci.
Jak ujął to badacz z Harvardu i zoolog Richard Lewontin: „Takie twierdzenia przedstawione przez medycynę sugerują taką możliwość, niczego jednak jednoznacznie nie oświadczając. Naukowcy mówią o „zapobieganiu” śmierci poprzez wyleczenie choroby, ale dowody świadczą o tym, że śmierci nie można zapobiec, tylko w najlepszym wypadku ją odroczyć. Co więcej, to odroczenie wcale nie jest tak skuteczne, jak zwykło się twierdzić w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wielkiego postępu w fizjologii, biologii komórkowej czy medycynie… Prawda jest taka, że chociaż bezpośrednie przyczyny śmierci można usunąć, to śmierci jako takiej nie. Tak więc musi istnieć przyczyna śmierci jako zjawiska, odrębnego od tych indywidualnych przypadków”. (6) Innymi słowy, nawet jeśli każda „przyczyna” śmierci zostałaby usunięta i wyeliminowana, ona nadal będzie istnieć, pomimo tego, co mówią lekarze (i doniesienia prasowe). Śmierć jest nieodłącznym elementem miejsca, w którym przyszło nam żyć. Zatem głęboko ukryte stwierdzenie, że to właśnie mikroby ją „powodują” jest nie tylko fałszywe, ale stymuluje ludzi do postrzegania WSZELKICH drobnoustrojów jako wrogów… jako uczestników wojny przeciwko nam – a to jest bardzo dalekie od prawdy.
Bakterie i wirusy nie są „zjadliwym obcym”. Są natomiast ściśle wplecione w sieć egzystencji na tej planecie. Nie można ich zabić bez zabicia innej formy życia na Ziemi. To wielki błąd XIX–tego i  początku XX–tego wieku – obraz Natury, która wciąż nas dręczy i napastuje. Albo, jak ujął to kiedyś Lynn Margulis: „Bardziej zrównoważony obraz drobnoustrojów jako sprzymierzeńców i przodków pozostaje prawie niezauważony. Nasza kultura ignoruje trudny do przyjęcia fakt, że czynniki chorobotwórcze, te okropne zarazki dały również początek wszelkiemu życiu”. (7) My sami jesteśmy, niestety, i wbrew podszeptom intuicji, jedynie pewną formą… bakterii, które przyjęły niezwykle eleganckie, symbiogeniczne, innowacyjne kształty. Bakterie są podstawą każdej formy życia na tej planecie. Gdyby one nie rozwinęły odporności na antybiotyki, całe życie na tej planecie wyginęłyby już od milionów ton antybiotyków obecnych w środowisku.
Problem paradygmatu jest wystarczająco skomplikowany już w przypadku bakterii, ale kiedy dołączają do tego wirusy, złożoność wzrasta o rzędy wielkości. Wirusy nie są i nigdy nie były pasożytami, chociaż mogą tak działać lub może nam się wydawać że tak jest, gdy jednym z nich zostaniemy zainfekowani. One w rzeczywistości sprawują bardzo eleganckie funkcje ekosystemu – jak wszystko na tej planecie. Wirusy, jak komentuje Frank Ryan, „…wplatają się i wychodzą z genomu każdej formy życia na Ziemi. W rezultacie ziemskie życie posiada gęstą sieć interakcji genetycznych”. (8)
DNA nie jest i nigdy nie było jakimś programem komputerowym (tak jak nie jest nim również RNA). Jest to, jak zauważyła kiedyś laureatka Nagrody Nobla Barbara Mc Clintock, „żywy organ każdej komórki”. DNA i RNA są strukturalnie podobne i wzajemnie oddziałujące na otaczające je środowisko. DNA to cząsteczka dwuniciowa, RNA jest jednoniciowe, ale oba są ściśle zaangażowane w formację strukturalną wszelkich form życia. DNA zawiera informacje o genetycznym rozwoju organizmów żywych. RNA zaś jest cząsteczką informacyjną wykorzystywaną do przenoszenia informacji genetycznej, która częściowo kieruje syntezą białek – strukturalnych cegiełek do tworzenia różnych organizmów. Przypominam, kwasy nukleinowe nie mają trwałej formy. Zmieniają się. Żyjemy zanurzeni w tyglu ciągłych zmian genetycznych. I te nieustanne przegrupowania genów występują nie tylko w odpowiedzi na impulsy z samego organizmu, ale również, jak zauważyła Barbara Mc Clintock, na skutek ​​komunikacji z otaczającym je środowiskiem.
W rzeczywistości nie ma podziału na „wewnątrz” i „zewnątrz”, nie ma „nas” i „ich” nawet jeśli się wydaje (w naszym dziewiętnastowiecznym paradygmacie), że tak właśnie jest. Różne formy życia na tej planecie to stale ewoluujące organizmy, a to oznacza, że ​​posiadają płynne… niezwykle płynne granice. We wszystkich żywych systemach istnieje stała wymiana (na przykład energii) między tym, co wewnątrz, a tym, co na zewnątrz. A dokładniej mówiąc, istnieje stały napływ i odpływ energii życiowej przez te miękkie granice. Tego domaga się natura ekologicznej rzeczywistości naszego świata.
Jak zauważa Richard Lewontin:

Nawet cząsteczki wirusa, które same nie metabolizują energii, mogą się rozmnażać tylko wtedy, gdy zostaną zintegrowane z aparatem metabolicznym komórek, które zainfekowały. W czasie replikacji mikroba następuje całkowite zniesienie wcześniej istniejącej granicy między wirusem a środowiskiem komórkowym… Organizmy nie dostosowują się do istniejących już nisz ekologicznych, są za to w ciągłym procesie określania i odnawiania swoich środowisk. Cały czas działa selekcja naturalna, dostosowując skład genetyczny populacji w odpowiedzi na zmienne środowisko, a każda zmiana w genach wymusza zmiany w środowisku. Zatem organizmy i środowisko są zarówno przyczynami, jak i skutkami procesu koewolucyjnego… Wszelkie nawet niewielkie zmiany w środowisku powodują zauważalne zmiany w organizmach, które z kolei prowadzą do niewielkich, ale zauważalnych zmian w środowisku… Ogólnie rzecz biorąc organizmy i środowisko muszą podążać za sobą nawzajem, ponieważ inaczej życie na tej planecie dawno by wyginęło. (9)

Wirusy mają szczególną zdolność wnikania do komórek żywych organizmów, wycinania niewielkich odcinków DNA (lub RNA) i wplatania ich we własne struktury genetyczne. Co niezwykłe, jedną z ich podstawowych funkcji jest genetyczne przenikanie wszystkich form życia na Ziemi. Lub, jak ujął to Frank Ryan: „… są maleńkimi wehikułami do genetycznej wymiany między różnymi gatunkami, które tworzą matrycę życia na Ziemi”. (10) Nasz genom, podobnie jak cała egzystencja na tej planecie, zawiera fragmenty kodów genetycznych wielu innych form życia. Zawiera więc również fragmenty genów wirusów. Nasze formy i kształty są wyrazem komunikacji, która trwa tak długo, jak samo życie. Zatem patrząc pod tym kątem… to my jesteśmy tym wrogiem, z którym walczyliśmy i walczymy.
Krótko mówiąc, horyzonty myślowe większości naukowców z początku ery antybiotyków były ograniczone… bardziej ograniczone, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. A obraz świata, który udało im się rozpowszechnić – mocno zafałszowany. Wirusy są głęboko wplecione w ekologiczną matrycę tej planety i służą pewnym funkcjom, które są niezbędne do jej przetrwania. Co więcej, one są niezwykle elastyczne. Mogą bardzo szybko zmienić swoją strukturę i przyjmować nowe dowolne formy. Wszystko na podstawie analizy środowiska, które je otacza. Są przy tym bardzo inteligentne. W rzeczywistości wcale nie są głupie. Ale my z pewnością byliśmy (i jesteśmy)… jeśli tak myślimy.
Paradygmat medycyny, który pojawił się w XIX wieku był zdecydowanie fałszywy i teraz płacimy wysoką cenę za tak wszechstronne go wprowadzenie. Mamy właśnie do czynienia z pojawieniem się epidemii bardziej niszczycielskich niż jakiekolwiek znane wcześniej. Jeśli mamy się dostosować i przetrwać, musimy zobaczyć to z innego punktu widzenia, zrozumieć z innej perspektywy. Czas już pojąć, że wirusy nie są tym, za co je uważaliśmy. Musimy się nauczyć widzieć je takimi, jakie w rzeczywistości są.

Wirusy


Na początek, jeśli kiedykolwiek czytałeś o wirusach lub jeśli przyjrzałeś się uważnie niektórym słowom, których sam użyłem, mogłeś zauważyć, że wiele osób odnosi się do nich jako do pewnych „żywych cząsteczek”. Wśród naukowców panuje jednak powszechne przekonanie, że wirusy nie są żywe. Wielu twierdzi, że są to tylko struktury organiczne wchodzące w kontakt z żywymi organizmami. Niektórzy mówią, że są one „organizmami na krawędzi życia”, ale tak naprawdę nie stanowią systemu w biologicznym znaczeniu tego słowa, ponieważ brakuje im struktury komórkowej, nie mają własnego metabolizmu i mogą się reprodukować tylko wewnątrz istniejących struktur komórkowych… a poza tym nie używają do tego celu procesów podziału komórkowego. Gdyby zapytać naukowców skąd pochodzi definicja życia, która wyklucza wirusy z żywej materii, przyznają, choć pewnie pod przymusem, że wymyślili ją na własne potrzeby sami ludzie… co jest prawdą. (To wyjaśnia, dlaczego producenci umieszczają etykietę ostrzegawczą na osłonach przeciwsłonecznych, które ludzie czasem zakładają na przednich szybach samochodów, żeby chronić wnętrze przed słońcem: „Uwaga – nie prowadź samochodu z osłoną na szybie”.)
Co ciekawe, niektóre bakterie, takie jak riketsja czy chlamydia, są uważane za organizmy żywe pomimo podobnych ograniczeń. (Natomiast Ziemia również nie jest traktowana jako żywa istota, choć przecież „działa” jak żywy system. Dlaczego? Ponieważ zużywa własne odpady, czego… jak wszystkie tęgie głowy wiedzą… żywe organizmy nigdy nie robią…. cóż, najwyraźniej nie spotkali psa mojego sąsiada.)
Na tej planecie istnieje bardzo wiele wirusów. Szacuje się, że Ziemia zawiera ich 1031, czyli 10 z 31 zerami. Technicznie jest to gdzieś między nonilionem a decylionem (chociaż jeśli powiesz bazillion, również będziesz wystarczająco blisko). Generalnie…całe mnóstwo. I są ich różne rodzaje. W KAŻDYCH 200 litrach wody obecnych jest około 5 000 różnych wirusowych genotypów. Wirusy istnieją w najzimniejszych, najbardziej niegościnnych częściach tej planety, a także wewnątrz wrzących, gorących źródeł. Znajdziemy je wysoko w atmosferze i w najgłębszych jaskiniach w Ziemi. Żyją na szczytach gór i w największych głębinach oceanu. A czasami nawet podróżują w kosmos. Są częścią życia na tej planecie… nie da się ich uniknąć.
Wirusy, w przeciwieństwie do bakterii, nie mają jądra ani ściany komórkowej. To najmniejsza jednostka życia o dopracowanej do perfekcji prostocie konstrukcyjnej. I choć istnieje wiele ich rodzajów, to generalnie wirus sam w sobie jest nicią DNA lub RNA otoczoną przez matematycznie elegancki wielościan, zwany kapsydem, którego kształt jest specyficzny dla danego wirusa. W przypadku wirusów „otoczkowych” kapsyd jest obudowany jedną lub większą ilością otoczek białkowych. Ta uproszczona struktura sprawia, że są one inne niż na przykład bakterie, ale jednak nie mniej żywe. Są wyjątkową formą życia (i nie ma powodu do ich dyskryminowania). Wirusy są bardzo podobne do nasion (lub zarodników) – kiełkują tylko wtedy, gdy znajdą właściwą glebę, w której mogą to zrobić. I tak jak nasiona, choć w stanie zawieszenia, stale monitorują zewnętrzny świat wokół nich.
Powierzchnia otoczki białka wirusowego jest usiana receptorami – specyficznym narządem zmysłu, który informuje wirusy o tym, co je otacza. Wirusy wykorzystują te eleganckie czujniki do analizy środowiska, w którym się znajdują, oraz do szukania komórek, do których najbardziej pasują. Lekarz i badacz Frank Ryan komentuje to w ten sposób:

Wirusy mają swoisty rodzaj odczuwania, które można by zaklasyfikować jako pośredni pomiędzy szczątkową formą zapachu i dotyku… Mają swoje sposoby na wykrywanie składu chemicznego powierzchni komórek….Daje im to najbardziej wykwintne zdolności do wyczuwania właściwych powierzchni [pozwalając znaleźć unikalną komórkę gospodarza]. Rozpoznają je poprzez percepcję trójwymiarowej powierzchni chemii komórki. (11)

Wirusy mają bardzo zaawansowaną zdolność wyczuwania otaczającego je środowiska, żeby określić jego naturę, znaleźć organizmy, w których najłatwiej będą mogły się rozmnażać, następnie stymulować je tak, żeby móc się rozprzestrzenić do nowych gospodarzy. I przy tym są niesamowite jeśli chodzi o przetrwanie. Potrafią „przeanalizować” naturę odpowiedzi immunologicznej, która działa przeciwko nim i mogą się zmienić – lub zmienić obronę immunologiczną gospodarza – żeby uniknąć ataku. Potrafią przejawić każdą użyteczną formę modelu – „przeanalizuj dane wejściowe i utwórz nowe zachowania na podstawie tego, co określiły te dane”.
Wirusy są klasyfikowane na wiele różnych sposobów – według rozmiaru lub kształtu, obecności lub braku otaczającej kapsułki (nie wszystkie ją mają), komplementarności z DNA lub z RNA (i od tego, czy są jedno– czy dwuniciowe, pozytywne czy negatywne), rodzaju struktury białkowej oraz sposobu replikacji. Wirusy DNA są dość solidne, ponieważ posiadają mechanizm „sprawdzania kopii”, którego brakuje wirusom RNA. To oznacza, że ​​kiedy wirus DNA replikuje się w komórce gospodarza, używa pętli sprzężenia zwrotnego, żeby się upewnić, że kopie jego samego są wystarczająco dokładne. W przeciwieństwie do tego wirus RNA nie ma takiej zdolności. Ma on tendencję do tworzenia wielu kopii, które jednak różnią się od oryginału, czasem nawet bardzo. Niektóre z tych różnic w kopiowaniu są przez wirusy RNA inicjowane celowo dla zwiększenia ich zmienności genetycznej, a zatem przeżywalności w gospodarzu. Z tego powodu, choć często jest możliwe wymyślenie trwałej szczepionki na wirusa DNA, to bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, jest stworzenie takowej dla wirusa RNA. To również czyni wirusy RNA bardzo trudnymi w leczeniu środkami farmakologicznymi. One są jak bakterie… zaczynają tworzyć rozwiązania względem leków syntetycznych już w chwili, w której spotkają się z jednym z nich. Dowody wskazują na to, że współczynnik mutacji wirusa zapalenia wątroby typu C, podnosi się w odpowiedzi na terapię interferonem i rybawiryną, w taki sam sposób, jak bakteryjna oporność wzrasta w obecności antybiotyków. Zakażenie wirusem RNA takim jak wirus Zachodniego Nilu lub japońskiego zapalenia mózgu jest aktualnie czymś zupełnie innym niż zakażenie wirusem DNA.

Żyjemy w erze szybko zmieniających się krajobrazów globalnych i lokalnych środowisk. Wirusy z RNA w roli materiału genetycznego mogą bardzo szybko dostosowywać się do tych zmiennych warunków i okoliczności… Nie dziwi więc fakt, że kilka znanych ostatnio przykładów pojawiających się lub powracających chorób wirusowych jest spowodowana właśnie przez wirusy RNA.
– Stuart Nichol, Emerging Viral Diseases

Podczas gdy wirusy DNA tworzą miliardy identycznych kopii, wirusy RNA produkują miliardy podobnych, ale nie identycznych pobratymców. Przypomina to nieco rój pszczół miodnych – wszystkie są podobne, ale nie takie same. Właściwie bliższym prawdy jest myślenie o infekcji wirusem RNA jak o infekcji rojem wirusów. Najbardziej podobne do siebie są te, które giną, kiedy na początku aktywowany jest ludzki układ odpornościowy lub zastosowany został chemiczny farmaceutyk, który je rozpoznaje. Pozostawia to następnym pokoleniom swobodę replikacji w bardzo szybkim procesie namnażania (niektóre wirusy tworzą nową generację co minutę), co daje subtelne zmiany w każdym nowym wirusie.
Istnieją również dowody na to, że wirusy DNA i RNA, podobnie jak bakterie, udostępniają informacje między sobą, żeby nie poddać się wpływom leków farmaceutycznych ani systemu odpornościowego. Podobne do siebie wirusy będą aktywnie dzielić strukturę genetyczną, żeby stworzyć zakażenia bardzo trudne do leczenia. Wirusy grypy (na przykład) specjalnie (i celowo) zmieniają zarówno swoje struktury genetyczne, jak i regularnie wpisują w siebie całkowicie nowe geny, żeby pozostać niewidzialnymi dla ludzkiego układu odpornościowego. A zbierają te nowe sekwencje genów m.in od świń i ptaków w Azji. Dlatego co roku potrzebna jest nowa szczepionka przeciw grypie.
Poza żywą komórką, wirusy przechodzą w stan hibernacji, podobnie jak nasiona roślin. W takim stanie spoczynku poruszają się z prądami powietrza lub wody, albo po prostu trwają w uśpieniu na ziemi, dopóki nie wejdą w kontakt z jakąś formą życia zawierającą komórki, których potrzebują, żeby obudzić się z długiego snu. W takim momencie pierwszym zadaniem wirusa jest dostać się do organizmu nowego gospodarza, omijając jego mechanizmy ochronne i znaleźć właściwą komórkę. Wirusy wykorzystują wysoce wykwintną analizę, żeby sprostać tym wyzwaniom. Faktycznie zaczynają eksperymentować z nowymi kombinacjami genów w celu dostosowania się do środowiska, w którym się znalazły. Większość z nich tworzy specjalną strukturę genetyczną, która ułatwia im wejście do organizmów gospodarza po rozpoczęciu początkowej infekcji. Na przykład wirus wścieklizny wpływa na tę część mózgu zwierzęcia, która następnie powoduje niekontrolowane gryzienie innych osobników. W tym samym czasie kumuluje się w miliardowych ilościach w ślinie. W momencie, w którym zakażone zwierzę ugryzie zdrowego osobnika, wirus jest przenoszony do nowego gospodarza. Grypa i inne wirusy układu oddechowego, dostają się do nowego gospodarza metodą kropelkową, a następnie stymulują kaszel lub kichanie. Te kropelki są następnie wdychane przez kolejnych gospodarzy itd. Jeszcze inne wirusy, rozprzestrzeniane przez komary, dostają się do krwi gospodarza i tam stymulują uwalnianie na powierzchnię skóry substancji chemicznych, która przywołuje komary do zainfekowanego gospodarza, tak aby wirus mógł być pobrany z krwią i rozniesiony na innych. Wirusy są bardzo dobre w przemieszczaniu się z miejsca na miejsce.
Wirusy rozprzestrzeniające się poprzez kleszcze lub komary wykorzystują związki zawarte w ślinie stawonogów, żeby ułatwić sobie wejście do organizmu nowego gospodarza. Pewne substancje obecne w ślinie zmniejszają bowiem niektóre odpowiedzi immunologiczne w gospodarzu, żeby umożliwić stawonogom pożywienie się, często jednocześnie znieczulając miejsce ugryzienia. Obniżone odpowiedzi immunologiczne w takim miejscu pozwalają wirusom wtargnąć do nowego gospodarza w miejscu, w którym istnieje niewielki opór. Wewnątrz organizmu, wirusy trafiają do najbliższego węzła chłonnego, a stamtąd, z limfą do śledziony. Tam zaczynają zmieniać funkcje odporności gospodarza, zmniejszając zdolność komórek immunologicznych do rozpoznawania i zabijania inwazyjnych mikrobów. Gdy to nastąpi, zaczynają się przemieszczać, zazwyczaj na komórkach odpornościowych – makrofagach lub monocytach… i rozprzestrzeniają się po całym organizmie. Jest to powszechne na przykład u wirusów zapalenia mózgu. Podróżują one w limfie do bariery między mózgiem, a resztą ciała i uwalniają związki, powodujące, że bariera ta staje się bardziej porowata… wnikają następnie do mózgu i znajdują komórki, których naprawdę szukają – neurony mózgowe.
Inne wirusy przedostają się do organizmu gospodarza przez wdychanie (grypa) lub przez seks (HIV) albo poprzez pożywienie (enterowirusy). Gdy raz dostaną się do ciała, „jeżdżą” niczym wierzchem na koniu na dowolnych komórkach, do których mają upodobanie (zazwyczaj są to komórki odpornościowe, ponieważ przemieszczają się one wszędzie) i aktywnie poszukują preferowanej lokalizacji. Tak jest w przypadku HIV, który postrzega limfocyty T4 jako doskonałe do transportu komórki gospodarza lub wirusa Epsteina-Barr, który ma powinowactwo do ludzkich limfocytów B, albo wirusa japońskiego zapalenia mózgu, który „uwielbia” monocyty.
Żeby „złapać przewoźnika”, wirus używa chemotaktycznych związków, które pozwalają mu przykleić się do preferowanej komórki. Receptory na powierzchni wirusa oszukują tę komórkę i „myśli” ona, że ​​napotkała i przyłączyła kompatybilne białko. W ten sposób poprzez serię chemicznych komunikatów, wirus dostaje od komórki zgodę, żeby wniknąć do środka. Można powiedzieć, że uzyskuje zaufanie komórki, a następnie go nadużywa. Stamtąd wirus jest przenoszony w dowolne miejsce ciała. Będąc w pobliżu preferowanej lokalizacji zostawia swój pojazd, przyłącza się do komórki, która jest dla niego najbardziej specyficzna i jeszcze raz ją oszukuje, tym razem żeby wniknąć do środka. Od tej chwili zaczyna się replikować w milionach kopii.
W wewnętrznym środowisku, wirus zrzuca płaszcz białkowy i przejmuje organelle komórki. Najpierw powstrzymuje komórkę przed śmiercią (komórki zakażone mają swoisty program samozniszczenia) i w niej pozostaje, chroniony przed resztę systemu odpornościowego. Następnie „odrywa” kawałki samego siebie i wysyła je do jądra komórki, które następnie zostaje oszukane i zmuszone, żeby wykonać kopie wirusa, wykorzystując białka wirusowe jako szablon. Te nowe cząstki wirusa opuszczają jądro, udają się do wnętrza ściany komórkowej i wyskakują z niej. (nazywa się to pączkowaniem wirusów). Podczas tego procesu komórka umiera i rozpada się, a wirusy pochłaniają części błony komórkowej oraz wytwarzają nowe powłoki białkowe z receptorami dla nowych komórek gospodarza. Wszystko to dzieje się niezwykle szybko.

W obecnych czasach bezprecedensowe zmiany ekologiczne, wzrost ekonomiczny i kryzys społeczny, prowadzą do ogromnych zmian [w komórkach] gospodarzy. Wszystko to przyczynia się do odrodzenia dawnych chorób i pojawienie się nowych. Ważnymi komponentami w tej szybkiej ewolucji są luki ekosystemów oraz niestabilność klimatu.
– Paul Epstein
Emerging Diseases and Ecosystem Instability: New Threats to Public Health

W ten sposób rozpoczyna się odwieczna walka, której towarzyszy nieodłączne pytanie – kto jest w lepszej formie: układ odpornościowy organizmu czy replikujący się wirus. Jeśli wirus jest szczególnie silny lub jeśli układ odpornościowy jest w jakikolwiek sposób osłabiony, wirus może się naprawdę rozgościć i choroba, czasem bardzo ciężka, jest nieunikniona.

Nowe wirusy chorobotwórcze


Podobnie jak bakterie oporne na antybiotyki, wiele niegdyś pokonanych wirusów obecnie znowu powraca. Robią to dzięki przegrupowaniom genetycznym oraz wyuczonej odporności na leki przeciwwirusowe, ale przede wszystkim z powodu zmian zachodzących w świecie, w którym wszyscy żyjemy. A te zmiany są głębokie.
Oto niektóre z głównych czynników wpływających na planetę, które naukowcy zidentyfikowali jako przyczyny aktywności tak wielu nowych (oraz „starych”) wirusów chorobotwórczych. Na Ziemi nie ma obecnie miejsca, które byłoby od nich wolne.

Zmiany demograficzne: wzrost populacji, przyspieszona mobilność, ogólnoświatowa urbanizacja oraz rosnąca gęstość zaludnienia w ograniczonych przestrzeniach, takich jak centra miast i więzienia.
Opieka medyczna i technologia: zakażenia w placówkach służby zdrowia, skoncentrowane przenikanie drobnoustrojów w szpitalach i domach opieki społecznej, transfuzje krwi, przeszczepy narządów, ponowne wykorzystanie sprzętu medycznego, zanieczyszczenia farmaceutyczne, oporność wirusowa i bakteryjna.
Trendy gospodarcze i handlowe: nadmiernie inwazyjne rolnictwo przemysłowe z wynikającym z tego uszkodzeniem homeodynamiki ekosystemu; ogólnoświatowa dystrybucja zwierząt hodowlanych, roślin spożywczych oraz farmaceutyków rolnych.
Zachwianie równowagi w ekosystemach: nadmierne wylesianie, sztuczne melioracje i zakłócenia dróg wodnych, zmniejszenie populacji drapieżników, niszczenie populacji dzikich roślin.
Zmiany klimatyczne: zakłócenia w homeodynamice klimatu wywołane przez antropogeniczne czynniki takie jak globalne ocieplenie, wzrost CO2 czy zanieczyszczenia gazowe.

Przez miliony lat wirusy żyły w równowadze ze swoimi żywicielami (takimi jak choćby dzikie pszczoły lub populacje bawołów). Zachwianie równowagi zdrowych ekosystemów w wyniku działalności człowieka oraz wynikająca z nich utrata gatunków żywicielskich i ich siedlisk, stymulują wirusy do ataku na inne gatunki. I jednym z takich gatunków, które obecnie bardziej aktywnie atakują… jesteśmy my (lub zwierzęta, które żyją w naszej bliskości: gołębie, myszy, psy, koty, świnie i kury – od których łatwo się do nas wprowadzić). W końcu jest nas teraz znacznie więcej (nas i naszych zwierząt hodowlanych), niż jakiejkolwiek innej formy życia… nie ma problemu, żeby nas znaleźć. W istocie wielu z nas mieszka w tych samych miejscach, w których kiedyś przebywali dawni żywiciele wirusów. A dom to dom. Nasze ciała nie są aż tak bardzo różne od innych zwierząt na tej planecie. To prosta decyzja dla wirusów, żeby uczynić nas swoimi nowymi gospodarzami.
Niektóre z najczęściej pojawiających się, opornych lub nowo zjadliwych wirusów to – wirus Dengi (który co roku zaraża miliony ludzi na całym świecie) rok), wirusowe zapalenie wątroby typu C, enterowirus 71, HIV oraz ośmiu członków rodziny opryszczki, która dotyka ludzi… w tym wirus cytomegalii i wirus Epsteina–Barr. Jednak zdecydowanie najwięcej światowych problemów przysparzają (poza HIV) wirusy grypy oraz zapalenia mózgu.
Grypa, choć dla wielu osób wydaje się stosunkowo łagodną chorobą… ot, kolejny „przypadek grypy”… jest w istocie powiązana z bardzo silnym wirusem. Z coraz większym naciskiem epidemiolodzy twierdzą, że wkrótce na pewno wystąpi ogólnoświatowa pandemia grypy, podobna do tej, która miała miejsce w 1918 roku… i która zainfekowała ponad 500 milionów ludzi, powodując prawie 100 milionów zgonów. Nasze farmy hodowlane (w których na świniach i kurczakach wirusy zwiększają swoją wirulencję), nasze rosnące populacje, pycha oraz przestarzały charakter systemu medycznego, a także rosnąca inteligencja wirusów, sprawiają, że ​pewnym jest ponowne pojawienie się szczepu pandemicznego. To tylko kwestia czasu. Jak powiedział kiedyś Robert Heinlein: „To przerażające, ale problem przeludnienia planety ma tendencję do samodzielnego rozwiązania. Cóż…wiadomo jakiego.”
Wirusy nieustannie się uczą. Zatem my też powinniśmy…

Zainteresował cię fragment?
Przejdź do naszej księgarni i kup książkę.